niedziela, 4 września 2016

Zagubieni spawacze

Obejrzałam wczoraj wystawę Jarosława Modzelewskiego w Wizytującej Galerii. W przestrzeni wypełnionej obrazami pozostawałam dosyć długo, bo wybrałam się tam również w celu towarzyskim. Miałam więc czas, żeby ekspozycja oswajała mnie sobie. Oswajała w tym sensie, że po pierwszym efekcie obcości zaczęłam wyczuwać coś w rodzaju podskórnego pokrewieństwa, czyli nastąpiło to, o co chyba chodzi w sztuce w ogóle – gdy dzieło zaczyna mówić nie tylko „do mnie”, ale i „o mnie”. Napina się wtedy linka łącząca uniwersalny archetyp z namacalnym konkretem, poznajemy zadany nam szczegół jako „nasz”.

Przypomniał mi się WJT Mitchell, który zatytułował swoją najbardziej znaną książkę Czego chcą obrazy. Rozważa w niej – na licznych fascynujących przykładach – fakt, że ludzie przypisują obrazom intencje, moc, traktują je, jakby rzeczywiście czegoś chciały. Mamy tu pogłos różnych religijnych doktryn (np. ikonoklazmu) i związanych z nimi emocji. Oczywiście tytułowe pytanie to rodzaj badawczej metafory, bo chodzi głównie o to, co takiego robimy, że obrazy robią nam to, co robią...
Wychodzi na to, że obrazy chcą, by na nie patrzeć. To znaczy tak naprawdę, że człowiek chce, by na niego patrzeć, by mógł potwierdzać się przez to jako „obraz i podobieństwo”: dla ludzi religijnych jako obraz i podobieństwo bytu wyższego (idealnego), dla wszystkich  – jako obraz i podobieństwo własnych (idealnych) wyobrażeń o sobie. Idealnych – to znaczy czasem zaledwie (i aż) potwierdzających istnienie.

Najdłużej zatrzymał mnie przy sobie ten obraz Modzelewskiego:

                                          zdjęcie z archiwum Wizytującej Galerii


Gdyby to było możliwe, chciałabym mieć go u siebie.

Ciekawe jest już to, że ten obraz rozmawia z innym obrazem autora, z Zagubionym spawaczem z 1994 roku. Widzimy go tu – obejmuje wszystko, co mieści się w czerwonym prostokącie. Dodano mu białe tło i dwie dodatkowe postacie spawaczy.
  
Zagubiony spawacz z tytułu ma dla mnie niezmierzony ładunek liryzmu. Spawacz to ten, kto jest blisko chwili tworzenia – łączy metalowe elementy tak, by powstała sensowna całość. Patrzy w ogień, czyli jest blisko sacrum. To trochę współczesny industrialny kowal, który zawsze w mitach i legendach był postacią z pogranicza świętości i profanum, dzięki swojej sile uzyskiwał płynność substancji, które zwykły śmiertelnik znał jako stabilne i twarde; podziwiano go i lękano się zarazem, obcował bowiem z numinosum, groźną, tajemniczą odsłoną sacrum.  (Z najgłębszą, czasem przerażającą wiedzą o nas samych? Taką, której nie da się znieść?)
Spawacz pretenduje do tej roli. Ale nie ma już potrzebnej mu siły. Nie wyzwala ognia mocą ramion, własnym metafizycznym wysiłkiem, lecz dzięki środkom chemicznym i maszynom. Patrzy przez przyciemniona szybkę, by nie oślepiła go iskra prawdy? Zagubiony spawacz, to wyalienowany świadek mocy, z którą już się nie utożsamia?

Ci dwaj na zewnątrz są wymownie odseparowani od pierwszego przedstawienia przez wyjście poza ramy i przez inny porządek kolorystyczny oraz technikę rysunku. Dla mnie symbolizują obserwację drugiego stopnia, jaką często uprawiamy na sobie, tę część nas, która dystansuje się od nas przeżywających, poszukujących. Reprezentują dyskurs teorii i „badań nad”, który często nie jest w stanie zastąpić przeżycia, zanurzenia się w emocjach, w kontakcie z drugim człowiekiem i w efekcie z sobą samym.

Siedziałam na białym fotelu, obserwując tych, którzy na obrazie bezradnie wyszli poza obraz, nie mogąc się połączyć z tym, który został namalowany jako ten, który nie może już zostać kowalem, bo zgubił swój ogień.


Ten obraz chciał ode mnie, żebym zapytała siebie samą, czy można to zmienić.

12 komentarzy:

  1. Przeczytałam jednym tchem, naprawdę! Piękna interpretacja, jak bajka "O kowalu, który zgubił swój ogień". Gdybym była autorką obrazu, podarowałabym Ci go natychmiast! Nikt na niego nie spojrzy tak jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę umiejętności wyrażenia w słowach wrażeń powstających pod wpływem obrazu. Nie umiem tak dogłębnie wczuć się w oglądane dzieło.
    Zgadzam się z tym, że obrazy "chcą być oglądane", jedne zatrzymują na dłużej, budzą refleksje, działają na wyobraźnię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czyli można powiedzieć, że sztuka jest do życia koniecznie potrzebna...

      Usuń
  3. Ja tego samego zazdroszczę Ci co ewa2 - umiejętności opisywania obrazu,opisywania emocji, jakie w Tobie wzbudza. Uwielbiam sztukę, ale nie potrafię opowiedzieć dlaczego coś mnie zachwyca, a coś pozostawia obojętnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wiele razy nie wiem - po prostu czasami jakieś dzieło mówi do mnie wyraźniej :)

      Usuń
  4. Pięknie! Aniu, ja też to przeczytałam jednym tchem:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale gdyby w punktach to:
    Hefajstos, socrealizm, wenecki karnawał, epokowe passepartout, baty na autocytaty
    (zadanie z interpretto: powstawiaj znaki + - = < > )
    ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wśród znaków brakuje mi pierwiastków i różniczkowania ;)))

      Usuń
  6. Zgodzę się z moimi przedmówcami, masz dar opisywania, emocjonalnego opisywania. Co do wpisu, to bardzo ciekawa lektura, dość krótka ale czekamy na więcej.

    OdpowiedzUsuń