czwartek, 15 listopada 2012

Moja Lu

Wczoraj (dzisiaj, właściwie) w nocy, wyszedłszy spod prysznica, zastałam w moim łóżku mojego męża.

Cóż tam robił?
Otóż przemawiał czule...
wycinając psu kołtunki zza ucha.

Ton jego głosu zmienił się jednak, gdy podeszłam bliżej.
Dowiedziałam się, że jestem nieodpowiedzialna, bo nie dbam o psa, a przecież ją to boli.

I wiecie co - mój mąż miał rację.
Od dwóch dni wśród zapisków na moim biurku, upominających mnie, co mam zrobić nazajutrz, widniało wielkimi literami wypisane przeze mnie hasło: WYCZESAĆ PSA.

A jednak nie zrobiłam tego.

Moja mała, już nie zapomnę.
Przyrzekam oficjalnie,
Moja Lu (skrót od Lupi).


10 komentarzy: