poniedziałek, 20 maja 2019

Głosowanie

Późno trochę się na dobre zorientowałam, że przy nagrodzie Warmii i Mazur "Wawrzyn" jest też nagroda czytelników. To znaczy niby wiedziałam, ale...
No, ale Biblioteka Wojewódzka przypomniała, więc pomyślałam, czemu nie dać ludziom zagłosować, jak by przypadkiem chcieli? :)))
Moja książka to "Tyle nieznanych ryb"
Głosować można TUTAJ i TUTAJ i jeszcze TUTAJ.
Szans nie mam wielkich, bo nie zadbałam, nie zrobiłam żadnej akcji ani nic.
Ale tak zupełnie się poddać ?
Można glosować do środy.

niedziela, 19 maja 2019

Burze, kwiatki i inne historie

Burze i gwałtowne deszcze na przemian z ciepłym błękitem. Wczoraj obudziło mnie intensywne bębnienie na uchylnym oknach i choć są tak skonstruowane, że zwykły deszcz nie przedostaje się do środka, nawet gdy są mocno uchylone, tym razem kropkę pryskaly na podłogę.
Wstałam i zamknęłam, acz niechętnie. Potem zobaczyłam, że i w dużym kuchniopokoju jest mokro przy drzwiach balkonowych.
Oto burzowy pokój o poranku.


A potem wyszło słońce.
Postanowiłam zrealizować część planów tarasowych i poszłam do marketu - stwierdziłam, że jestem jak dziecko we mgle pomiędzy tymi skrzynkami i roślinami. Przydźwigalam ziemię, keramzyt, kwiaty, skrzynkę, łopatkę, rękawiczki. Posadziłam i mam. Skrzynka jednak nie wisi, bo zdołałam zgubić uchwyty - były ciężkie, metalowe, nie wiem, jak to możliwe. Pewnie zostały w koszu.
Sklep Obi mam blisko, ale jako że musiałam wszystko nieść własnymi rękami, koszem podjeżdżam najdalej, jak się da, prawie do ulicy, i w ten sposób mam już za sobą jedną trzecią drogi. Przekładając zakupy, prawdopodobnie zostawiłam uchwyty.
Kwiatki:


Rosną sobie. Pewnie dokupię jeszcze, ale nie naraz, nie dam rady przynieść.
Na tarasie nie przesiaduję, choć bym chciała - pojedyncze osy przelatują czasami. Rozłożyłam cytryny z goździkami - podobno nie lubią.



Przyleciała sroka i zastanawiała się, czy nie skosztować, ale zrezygnowała.

czwartek, 16 maja 2019

Nowe

Najpierw tak: 
Wybór poezji Krzysztofa Jaworskiego. Już gotowy. Sto wierszy z dotychczas wydanych zbiorów i jedenaście całkiem nowych, według zasad serii. Okładka według mojego pomysłu. Charakterystyczna dla serii. Głaszczę delikatny papier - tego się nie da z niczym porównać


A do drukarni pojechał.....

 Tomaz Salamun

Cała okładka, po rozłożeniu i ze skrzydełkami wygląda tak:


Salamun to poeta słoweński, nieżyjący już. Jeden z najwybitniejszych współczesnych poetów. Robi z językiem coś takiego, że otwierają się zupełnie nowe przestrzenie. Rekonfiguruje językową rzeczywistość, żeby pomieścić w niej doświadczenie współczesnego człowieka. Miłosz Biedrzycki i Rafał Wawrzyńczyk wspaniale go przetłumaczyli.

Jeden wiersz z książki:

Czubek przyrasta przed schodkiem

Ster jest głodny.
Gablota wypełnia zegarki.
Chłopiec kuleje.
Idzie do domu.

Fala czeka.
Skóra ubiera.
Miliardy poprzeczek, żakietów,
ołówki kopiowe rozrzucone jak rosyjskie bajki.

Brebis. Mój przewiewny brewiarz.
Wózek błyskotek Atalanty.
Co robisz jako zrujnowany? Kolec jest w krysztale.
Ta mrówka miała na skrzydle zagniecenie.
Wyłączam gaz. Drzewo jest w Brazylii.

Na ładnej żółtej desce, która z dołu głaszcze
skrzydło ptaka na gałęzi w górze.
Robi elipsę i kiwa się na prawo i lewo.
Układa trójkąt.

Przetnij prawdziwki tuż pod kapeluszem.
Pozostań wierny roztoczom.
Uszkodź swoje dłonie.
Umrzyj je w czapli, żeby
trysnęło szare złoto.

A z okładką była ciekawa historia. Byłam w klubie Plan B na Placu Zbawiciela, na spotkaniu z autorem kolejnej książki, nad którą pracuję. W pewnym momencie spojrzałam na ścianę obok schodów, a tam był ten mural. Zrobiłam zdjęcie i poczułam, że to musi być okładka, że to idealnie pasuje. Musiałam jeszcze zdobyć zgodę kierownictwa Planu B i autorów muralu. Okazało się, że to robił międzynarodowy kolektyw na zaproszenie polskiego artysty - musiałam zdobyć zgodę, w czym kierownictwo klubu bardzo mi pomogło.
Praca nad książkami to czasem takie momentalne olśnienia. Czuję wtedy takie coś pod skórą. Jak prąd, jakbym nie mogła w sobie się pomieścić. Chce mi się krzyczeć albo tańczyć.
No i pracuję ze wspaniałymi ludźmi. Piotr Molski, który robi skład, jest uosobieniem cierpliwości do moich obsesji i nagłych przyśpieszeń, nieraz pracujemy przez skype do późna. Julia Burek-Wolska, która robi okładki, wydobywa z moich pomysłów coś, co da się przełożyć na rzeczywistą okładkę, a bywa czasem że tylko z grubsza określam, o co mi chodzi, i mówię: wymyśl coś. To ona stworzyła koncepcję graficzną serii Jeden esej. Okładki do serii Tangere robi Jakub Rakusa-Suszczewski, a do 111 wierszy Piotr, ten od składu.
Redaguję sama i korektę często też sama robię, choć kilka razy robiła ją znana niektórym z Was Jolka M. i do tej opcji chyba muszę powrócić, bo moja koncentracja czasem nie wyrabia...

Chciałam pokazać okładki, a tak wyszło, że pokazałam kawałek mojej wydawniczej rzeczywistości.
oprócz tego jeszcze jest praca dla innych wydawnictw, żeby na to wszystko zarobić :)
Czymcie kciuki, żeby się udawało :)

niedziela, 5 maja 2019

Najlepsze

Codziennie rano podejmuję decyzję: wstaję i idę żyć.
Poznać i zrozumieć dynamikę swojej choroby - to pomaga w codziennym życiu. Nerwica lękowa, nawet częściowo zaleczona, z komponentami depresyjnymi jest trudna, ale nie mam tak źle. Najgorzej jest właśnie rano i przed południem. Zimno, jakieś kołatania, napięcia, najchętniej się rozpłakać. Skurcz w żołądku - to właśnie tam czuję jakiś nienazwany Weltschmerz. Daję mu parę chwil, bo to w końcu kawałek mnie, a potem wstaję, otwieram szeroko okna, robię kawę i od razu otwieram pierwsze pliki do redagowania. Skomplikowane kwestie logistyczne zostawiam na później.
Czasem zostaję pod gorącym prysznicem dłużej niż trzeba, by się umyć: siadam pod strumieniem wody i pozwalam, żeby ciepło rozluźniało mi plecy. Nawet przez pół godziny. Przy moim nieustannym wietrzeniu mieszkania kabina prysznicowa to obecnie właściwie jedyne ciepłe miejsce :)
Poza tym jest postęp. Przemywam meble wodą z octem i zapach formaldehydu zmniejsza się w sposób wyraźny. Według internetowych zaleceń sposób miał być lepszy niż soda i chyba jest. Może w końcu "zamieszkam" to miejsce zamiast tu po prostu trwać?
Z kwestii wydawniczych - w czwartek o 18.00 wieczór autorski Adama Zdrodowskiego. W tygodniu ma być gotowy nakład wyboru wierszy Krzysztofa Jaworskiego z serii 111 wierszy. Kończę prace nad przygotowaniem do druku przekładu tomu wierszy TomažŠalamuna. Prace nad kolejnymi tytułami nabierają tempa. To jest dobre uczucie, lubię to, tę ekscytację, pomysły. Dużo pracy - lubię mieć dużo pracy.
I słucham muzyki, która w określonych współrzędnych daje mi pozytywną energię.
Spotyka mnie wiele dobrych rzeczy. A niektóre z nich są najlepsze.

sobota, 27 kwietnia 2019

Wieści

Na froncie mieszkania bez zmian.

Ale dobre wieści na polu poezji: moją książkę "Tyle nieznanych ryb" nominowano do nagrody Orfeusz w kategorii Orfeusz Mazurski, a przedwczoraj do Nagrody Literackiej Warmii i Mazur "Wawrzyn".
Tak mazursko się zrobiło.
Widocznie muszę przerobić kompleks mazurski, zanim się od niego uwolnię :)
Nie, żebym chciała zaprzeczyć swemu pochodzeniu stamtąd. Chodzi o twórcze przerobienie. Pewnie poezja jest do tego jakąś drogą, może jedyną możliwą.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

pierwszy raz

Od dawna. Może pierwszy raz w dorosłym życiu.
Zero stresu okołoświątecznego.

Nie pisałam o osach. To znaczy tylko na fb. Zobaczyłam je pewnego dnia, jak latają, zaaferowane. Ja z moją straszną fobią - tego dnia wpadłam w rozpacz. No bo co jeszcze może się zdarzyć? Oczywiście postanowiły założyć gniazdo na tarasie, bardzo nad tym pracowały. Na pomoc przyszła mi koleżanka - na szczęście nie dała mi czasu na rozważanie, czy tak samo jak os nie boję się przypadkiem tego preparatu, którym należało je popsikać. Póki co jednak os nie ma.

Kredensiku też. Parę dni postał na balkonie, a potem pojechał do przechowalni. Panowie pakowali i płakali. Może nie dosłownie, ale też twierdzili, że okropnie śmierdzi.
W mieszkaniu śmierdzi mniej, co nie znaczy, że całkiem przestało. Przy otwartych oknach da się jednak, zwłaszcza w przeciągu jest całkiem ok ;) Co można, zaklejam aluminiową taśmą samoprzylepną, tzn, takie "boczki" półek, które przeważnie zostawia się niezamalowane, a które zieją wiórami. Robię to precyzyjnie i estetycznie, nikomu w przyszłości nie powinno to przeszkadzać. Kto wie, może kiedyś osiągnę założony efekt?
Tymczasem kupiłam kolejny kwiatek - fikus beniamina. Najbardziej chciałabym nolinę i to dużą, żeby miała chociaż metr. Ale trudno taką znaleźć, a po drugie nie dałabym rady jej przynieść.

Zamówiłam dodatkowy druk książki, w której źle zrobiono ilustracje - w innej drukarni. Jako że zapłaciłam połowę za tamte, uzgodniłam, że zostają u mnie i będą w większości na cele rozdawniczo-promocyjne. Dlatego zrobiłam selekcję - ustawiłam pięć pudełek z opisem: dobre, prawie dobre, mało złe, średnio złe i bardzo złe. Obejrzałam każdy egzemplarz i porozkładałam. Sprawiło mi to specyficzną, pewnie aspergerową trochę przyjemność, siedziałam jak zaczarowana. i segregowałam. 240 książek, w każdej każdą ilustrację. Z systemem obliczeń i przeliczników. Najważniejsza jest pierwsza ilustracja, bo w niej są linie, które muszą się schodzić, a nie mijać. Do pudełka z napisem "dobre" trafiły... trzy. Jeszcze tylko muszę przejrzeć 60 egzemplarzy, które wycofam z hurtowni.
Trzeba pamiętać, że wady dotyczą tylko ilustracji i są to przesunięcia na jeden-dwa milimetry. W sytuacji, gdy obrazek jest na rozkładówce - czyli obejmuje dwie strony leżące obok siebie, to jednak po prostu widać. Jednak w żaden sposób nie dotyczy to tych stron, na których są wiersze. Pod tym względem książka oferuje pełnię zalet.
To dla mnie nauczka też. Mam pomysły, które dodają trudności wykonaniu książki i podrażają ją. Drukarnia przeliczyła się nieco z możliwościami, choć pierwotnie deklarowała, że będzie dobrze. Dlatego (i na szczęście) jest otwarta na moje propozycje i ewentualną obniżkę przy jakimś kolejnym druku.
Zlecony dodruk w innej drukarni będzie niestety droższy, ale trudno, skoro zaczęłam ten projekt, trzeba go dokończyć w takiej postaci, jaką zaplanowałam.

A moje starsze dziecko skończyło wczoraj 30 lat.




Kiedy ten czas zleciał, no kiedy?
Córeczce - żeby kolejne trzydziestolecia były piękne. Możliwe, że środkowa trzydziestka to najpiękniejszy czas.

Każda rzecz dzieje się kiedyś po raz pierwszy i... każdego dnia zaczyna się wszystko.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Dalej

Już pół kwietnia, a ja nie piszę, bo - ciągle nie jest tak, jak mogłoby. Chciałabym jakiegoś przełomu. W końcu kredensik wylądował na balkonie. Znajoma poprosiła dwóch silnych poetów, i dobrze, że dwóch, bo jeden nie dałby rady, poza tym trzeba było rozkręcić. Pomyślałam - jest sucho, postoi, to się i wywietrzy trochę, a ja przynajmniej będę wiedzieć, czy to tylko on jest winien. Balkon wyścieliłam folią malarską i przygotowałam drugą, żeby przykrywać. I wiecie co?  W nocy spadł śnieg. Dziś już znowu słońce i sucho, a ja musiałam trafić na jeden jedyny opad. Przykryłam, ale już było za późno, nie usłyszałam śniegu, nie sprawdziłam też prognozy. Nie wiem, czy to mu bardzo zaszkodziło, ale możliwe, że tak, jeśli wilgoć weszła w płyty wiórowe. Trudno, najwyżej za niego zapłacę.
śmierdzi w mieszkaniu mniej, tak o 70-80 procent. Dziś wyjęłam półeczki z szafek kuchennych i okleiłam im te brzegi, gdzie są przecięte, czyli z wiórami na wierzchu. Te miejsca śmierdziały bardzo przy wąchaniu z bliska, więc pewnie również emitowały. Kleiłam aluminiową taśmą samoprzylepną, jest dobra do tego celu, tak wyczytałam.
Parę osób już było u mnie w gościach, większość czuła ten zapach, ale raczej mogliby z nim mieszkać.
Chcę tu zostać. Ciągle się nie poddaję.

Staram się dużo pracować.
Miałam już mieć jeden wydrukowany tytuł, pierwsza książka w wydawnictwie w tym roku. Nawet przyjechała - ale wraca. Do reklamacji.
Tak, że tak.

niedziela, 31 marca 2019

Oswajanie siebie

Natężenie dziwności.
Poczucie rozpływania się. Wiedziałam, że tak może być; niezależnie od tego, jak bardzo chciałam odejść i od jak wielu lat o tym myślałam (od bardzo wielu) - bałam się, że skoro pewne współrzędne tworzą mnie, moją psychikę, to świat mój rozintegruje się bez nich.
Pracuję, działam, kupuję różne cosie dla tego mieszkania i siebie.
Ale jednak nadal jeszcze nieoswojenie. Nowego świata, nowej jakby mnie. Albo jeszcze nie wiem dobrze, jakiej mnie. Ale czy kiedykolwiek wiedziałam? Może zawsze byłam rodzajem pustki? sama sobie Unheimlich, choć pod przykrywką.
W totalnie nowych współrzędnych moje sprawy, moje emocje. Wpasowują się, układają.
Daję sobie czas na oswojenie siebie i tego wszystkiego.

piątek, 22 marca 2019

Na razie

na razie jeszcze trochę jak w hotelu i z echem, muszę przywieźć obrazy i więcej książek.
Najbardziej przeszkadza mi zapach mebli - są dość nowe, mają jakieś półtora roku, niektóre półki i szafki widać rzadko otwierane. Niektóre bowiem zapachu nie mają, inne tak. To charakterystyczny zapach niedrewnianych nowych mebli.
Jest prawdopodobnie bardzo słaby, bo dwie osoby, które u mnie były, nie wyczuły go w ogóle.
Oczywiście szukam w internecie sposobów, wietrzę, wstawiam pochłaniacze, półki i szuflady wynoszę na balkon. Mam stale przeciąg - celowo - i w zimniejsze dni około 10 stopni w domu. śpię w swetrze i przy otwartych oknach. Nie wiem, czy gardło pobolewa od formaldehydu czy od zimna ;)
Liczę na to, że jednak za parę tygodni to się unormuje. Nie chciałabym rezygnować z tego mieszkania, bo jest w dobrym miejscu i mi się podoba.
W ostateczności wywiozłabym gdzieś te meble, ale musiałabym w tym celu znaleźć jakiś super bezpieczny i tani magazyn, żeby się nie zniszczyły.
Te w sypialni są na wymiar pod skosy, ale i tak bym wywaliła; śmierdzi zwłaszcza jedna szafka. Nie da się wywieźć jednej. To wszystko śliczniunie kompleciki, zrobione przez stolarza, na wymiar. Kupiłam taśmę malarska i może zakleję ją. Albo zrobię pokrowce i zarzucę je na szafy. Zapach dochodzi bowiem ze środka. Ale to głupio zaklejać meble, a własne ubrania trzymać w pudłach.
Może jestem jednak po prostu wariatką, a w lepszej wersji - mam nadwrażliwość zapachową? Kupując ostatnio klawiaturę, też wąchałam różne modele. Kupiłam mopa - śmierdzi. Podkładki korkowe pod szklanki - czy macie pojęcie, jak śmierdzi korek?
Poradźcie mi coś. Jak znajdziecie chwilę :)

niedziela, 10 marca 2019

Spokój panuje na Ursynowie

Tak, ten tytuł to cytat-parafraza. Z tytułu. A tytuł przynależał do artykułu w prasie czasów stanu wojennego, który z kolei był cytatem. Cytatem-parafrazą tytułu we we francuskiej prasie komentującej pacyfikację powstania listopadowego. Nie żebym szukała analogii do zdarzeń, raczej chodzi o tę ciszę astrukturalną, (która trwa mimo wypowiadanych słów i w pewnym sensie jest wspólnie stosowanym mechanizmem ochronnym),  w moim domu, z którego wychodzę, w mieszkaniu, które wszak teoretycznie pozostanie w połowie moje.
Przeprowadzka.
Nowa droga.
Odkrywanie pojedynczości.
[Dla mnie to brzmi trochę jak nazwa nowej formacji w literaturze albo ogólnie w sztuce: "nowa pojedynczość" :)].
Moja nowa pojedynczość. To jakby rodzaj próby bycia po prostu.
A w tym lęk, że nie poradzę sobie z rozpadem dotychczasowych struktur mojej rzeczywistości, opartej na kruchej równowadze. Czy przez te lata, dziesięciolecia, dorobiłam się tylko wielkiej, czarno-szarej pustki?
Jak z tym wejść do wynajmowanego mieszkania, do miejsca, które zostało już urządzone, perfekcyjnie i ładnie, ale nie przeze mnie? Robi się z tego ślicznego mieszkanka jakiś psychologiczny symbol "nieoswojonego", Freudowsko-Lacanowskiego unheimlichkeit nawet. Pewnie przez te fazy muszę przejść. Wnieść tam trochę mojego oswajającego nieporządku, znanej mi dobrze ciemności? A potem spróbować zobaczyć, że jednak jestem?

piątek, 8 marca 2019

No to...

...no to już. Znalazłam, podpisałam umowę. Jest ładne, z lekkimi skosami i ma tarasik. Zrobi się pewnie moje, gdy zostanie odpowiednio "omojane". Jakieś gadżety, durnostojki i mądrostojki, książki.
Nie da się całkiem bez niepokoju, bo jednak właśnie się dekonstruuje rzeczywistość, która trwała kilkadziesiąt lat. I była nie tylko wokół mnie, lecz także w mojej głowie. Na razie jednak odeszło mi napięcie z barków i od trzech nocy śpię bez bólu. Odpoczywam śpiąc.
Jestem ostrożną optymistką, boję się zapeszać, czy że jeśli będę się za bardzo cieszyć, to coś... No ale brak cieszenia się też niczego  nie gwarantuje przecież. To może wyjść z założenia, że co się nacieszę, to i tak moje? ;)
Czymcie kciuki :)

niedziela, 3 marca 2019

I tak to

Oglądam. Różne, raczej niewielkie, a najlepiej niedrogie. Już zaczynam łapać, że oferty się powtarzają na różnych portalach. Chodzę i sprawdzam. W każdym coś, co powoduje, że to raczej nie tam. Ale w końcu znajdę. Czuje to.
Tu, gdzie teraz, stan coraz bardziej przechowalniowo-poczekalniowy. Może w ogóle ja taka jestem - nie cała, ale w części.
Muszę też się pozbyć wielu rzeczy, zwłaszcza takich, które zalegają tonami szuflady, szafki i półki. Najłatwiej byłoby jakąś rzekę tędy przekierować. Punkty spisane na kartkach w końcu poodkreślać, że zrobione.
A przeszkody - nie wiem, czy mają mnie czegoś uczyć. Może to zresztą żadne wielkie sprawy, ludzie miewają trudniej. I przecież są też dobre rzeczy, a nawet. Tak, nawet.
Ale zapadam się czasem w jakieś otchłanie. Gdy już z nich wychodzę, myślę sobie, że to tylko beznadziejne dołki. Nie wiem, czy pisać. Ostatnio nie umiem barwnie i to pewnie nie jest zajmujące.


piątek, 22 lutego 2019

Opublikowałam...

... nową książkę. Całkiem dziwną. Miała tytuł antyhaiku alergiczne i wyglądała tak:




Już ją zmyłam z mojego przedramienia, ale była naprawdę i traktowałam ją absolutnie poważnie. Nie nadałam jej numeru ISBN, bo prawo nie ujmuje takich obiektów, ale zrobiłam dokumentację.

środa, 20 lutego 2019

Właśnie...

..skarmelizowałam buraki, które wcześniej ugotowałam. Dodałam mozarellę, pomidorki koktajlowe i nieco winegretu. Na pewno pasowałaby natka pietruszki.
Ale już same buraki...ach! :)

środa, 13 lutego 2019

Bohemian Rhapsody

Wczoraj wieczorem starsze dziecko zabrało mnie na urodzinowe wyjście - poszłyśmy do kina na Bohemian Rhapsody. Bardzo dobry wieczór był to :)
Film znowu z kategorii tych, co to jak wiesz, na co idziesz, to będziesz zadowolona. Jak się lubi Queen, a ja lubię, to jest fajnie. I powzruszać się można w odpowiednio przewidzianych chwilach. No to się powzruszałam, choć chciałam bardziej :)
Jest to jednak zlepek epizodów; gdyby ktoś nieznający zespołu obejrzał, to nie złapałby przejść między nimi, nie wiedziałby, "co jest czym czego", że nagle jest na przykład trzy lata później, albo że coś się między postaciami musiało wydarzyć istotnego po drodze, ale nie wiemy zupełnie, co. Możemy się domyślać, na zasadzie właśnie znajomości klisz i wiedzy tak zwanej życiowej. Rami Malek w roli Freddiego niemal zawsze z tą samą miną, dość nieprzeniknioną, co ma sugerować, że w głowie niezwykłego artysty nieustannie rodzi się wielka muzyka na przemian z ekstrawaganckimi pomysłami na życie w takim natężeniu, że nie ma co szukać w jego oczach odbicia zwykłych emocji. Grana przez niego postać jest jednowymiarowa. Brakowało mi prawdopodobieństwa psychologicznego, tego "rodzenia się" czegoś w chłopcu z marzeniami, jakiegoś narastania napięcia, odbicia przemyśleń czy przełomów. Jeśli nawet jakaś scena ma potencjał, żeby to pokazać, to jest za szybka, jakby przewinięta, miałam czasem wrażenie, że z nakręconego materiału wybrano losowo co którąś klatkę.
Całość przyjemna, relaksująca, a dla mnie i córki dodatkowo wiąże się z ważną chwilą - jednym z pierwszych świadomych wspomnień mojego starszego dziecka. Jechaliśmy chyba właśnie rodzinnie na Mazury, gdy w radio powiedzieli o śmierci Freddiego. "Umarł Freddie Mercury, człowiek, który kochał koty". Tak to brzmiało. Nie jestem na sto procent pewna, czy to był 1991 rok, czy może pierwsza rocznica jego śmierci w 1992. Ale ten moment obie pamiętamy.

wtorek, 12 lutego 2019

Siedem

Siedem lat minęło. Siedem lat dziwnego projektu, który zaczęłam w moje urodziny - wtedy czterdzieste piąte. Miałam pisać przez rok codziennie. I tak było. A potem dalej, dużo ponad dwa tysiące notek. Najdziwniejszy czas w moim życiu, chyba lepszy niż ten bez bloga. Ze względu na uważność, na to, że czas zaczął płynąć wolniej, szerzej jakby. I z powodu inspiracji, jakie do mnie przyszły, i z powodu ludzi przede wszystkim. (I z powodu Magdy, której już nie ma, i za która tak bardzo tęsknię, a dzięki której zrozumiałam, czym może być przyjaźń).
Jestem wdzięczna wszystkim, którzy przez te lata byli lub są blisko.

Teraz piszę trochę mniej, bo czas jest inny.
Intensywny i pełen zmian.
Wchodzę w to.

niedziela, 10 lutego 2019

Dwa filmy

Jak ktoś chce sobie poprawić humor, to polecam film Green book (reż. Peter Farrelly, 2018). Uważam, że prognozowany Oskar to może przesada, to raczej na ogół film, który raziłby kliszami, gdyby nie był oparty na prawdziwej historii. Przemyka się po powierzchni wielu problemów, rzadko tylko zapuszcza sondę głębiej. Ale jeśli się wie, po co się idzie do kina, to warto. W takim filmie zakłada się rodzaj wiedzy "przedustawnej", wszyscy z grubsza wiedzą, czym jest rasizm, czym są podziały społeczne, niezrozumienie itd.; jest tak, że oto opowiemy wam ładną historię o tym, co znacie, w co jednak wolicie głęboko nie wchodzić teraz właśnie, bo teraz potrzebujecie nadziei i wiary, że wszystko jest możliwe, zmiana jest możliwa. Bo i tak wiemy, że do pewnego stopnia jest, chcemy tylko zobaczyć potwierdzenie, które ładnie nas pokołysze, ale dziobnie nas czasami igłą głębiej - np. gdy wybitny pianista Don Shirley, na głębokim południu USA, w garniturze, stoi oparty o samochód, a na polu ciemnoskórzy pracownicy najemni, w ubraniach jak sprzed wieku, przerywają swoje zajęcia i patrzą na niego jak na zjawę; albo gdy przyłapany na seksie homoseksualnym artysta siedzi nagi pod ścianą i wygląda to jak scena z Amistad (w pierwszym momencie dosłownie WIDZIAŁAM kajdany na jego nogach i szyi, choć ich tam oczywiście nie mogło być) i zresztą chyba ma tak się kojarzyć. To ma nas ukłuć, ale nie poranić za bardzo. Rzeczywistość jest dobra, a w tych miejscach, gdzie jednak nie jest, ma w sobie potencjał zmiany, to też ma być wyczuwalne. Zło jest, wiemy o nim, ale czai się w pewnej odległości (gangsterzy, którzy chcą skaptować Tony'ego; wiemy, że ten świat tam jest), dając złudzenie, że można się od niego odciąć.
I oczywiście świetny Viggo Mortensen.
Co skłoniło mnie zresztą, żeby sięgnąć, po raz któryś, po starszy film z jego udziałem, Historię przemocy (reż. David Cronenberg, 2005) . Spokojny, dobry człowiek, Tom, żyje z rodziną w małym miasteczku w USA (pośrodku niczego). Ma rodzinę, bar, kościół. Pewnego dnia jednak do baru wchodzą mordercy, chcą ukraść pieniądze. I gdyby na tym mieli poprzestać, nic by się nie stało, ale są to jednak tak bardzo źli mordercy, że postanawiają dla zasady zastrzelić barmankę. Wtedy Tom działa odruchowo i po minucie bandyci leżą martwi na ziemi.
Jeszcze próbujemy uwierzyć, że można się cofnąć, na powrót z piekieł do edenu. Ale telewizja pokazuje bohatera we wszystkich stacjach. W miasteczku zjawiają się dziwni ludzie w czerni. Kim właściwie jest Tom? Co zrobi? Chyba wszyscy już wiedzą...
Tutaj nie ma łatwego rozwiązania, choć reżyser gra z nami. Z archetypami i kliszami, jakie wdrukowała nam po pierwsze kultura i popkultura, ale też (a jedno z drugim się łączy) nasza historia gatunkowa homo sapiens. Od pierwotnych instynktów, przez próby wydźwignięcia się (skąd one się biorą? socjalizacja? naturalne dążenie do dobra, sprzeczne emocje w nas samych, które zawsze są, choć jednak na ogół nie przejawiają się w takich skrajnościach?), aż do...do czego? Pytanie zostaje w zasadzie otwarte. Może się wydawać, że rodzina, do której wraca Tom na koniec, już będzie zawsze skażona złem, ale może ona będzie po prostu... dorosła? Wbrew niektórym recenzjom chciałabym traktować ten film jako rodzaj moralitetu, w którym jaskrawo naturalistyczne okrutne sceny są w pewnym sensie tak mocne, że po prostu muszą zostać ujęte jak metafory, a całość krótkiej w zasadzie akcji rozciągnięta zostaje w archaiczną wręcz przeszłość i eschatologiczną przyszłość. A jednocześnie taka akcja to jakby przetworzenie pracy z kompleksem Edypa (zresztą w finałowej scenie mamy sygnały wprost o tym świadczące, w dialogu z bratem), tylko że zamiast ojca mamy "wielkiego" brata, ale on paradoksalnie jest ojcem, tyle ze mafii. Dlatego w głębi, gdy przetrzymamy powierzchowny wstręt, nie czujemy chyba odrazy do Toma, raczej jesteśmy z nim. Nieprzepracowany lecz wypierany wewnętrzny konflikt (lata udawania kogoś innego, wręcz ideału spokoju i łagodności) musiał rozsadzić rzeczywistość bohatera. Jego przyszłość, po wszystkim, będzie trudna. Jak życie.
Film - całościowa metafora, w której nie mamy do czynienia z realistycznym obrazem życia, raczej z przetworzeniem psychologicznego obrazu dorastania. Jak wiele "komiksowych" filmów, sięgający do "mitów" założycielskich naszego gatunku. Sięgający po to, co w swej "podwójnej pracy" maskowania i eksploatowania kultura zawsze przetwarza, tyle że ta dynamika różnie się układa. Cronenberg wyciąga ten mechanizm trochę bliżej pod powierzchnię i to dla mnie jest jego wartością Historii przemocy.
No to dwa różne filmy z Viggo Mortensenem jednego wieczoru. Jeden w kinie, drugi w domu, na komórce oglądany zresztą. Blisko skóry.

sobota, 2 lutego 2019

Wzruszenie, które trwa

Znajomy przysłał mi w środę późnym wieczorem link. Otworzyłam i przeczytałam.
Nie wiem, co poczułam najpierw, chyba po prostu wzruszenie.
W długim, bardzo ciekawym artykule na łamach internetowego pisma Mały Format Jakub Skurtys podsumowuje poetycki rok 2018: całość tu, naprawdę polecam! 
Kilka razy pojawia się w tekście nazwa mojego wydawnictwa, co mnie cieszy, i nazwiska autorów, których książki wydałam (Janusz Radwański, Grzegorz Wróblewski - głównie o poezji, ale i o wydanych u mnie "Miejscach styku"). A w części dotyczącej poetów i poetek urodzonych w latach '60.- niespodzianka, którą się dzielę wklejając poniżej. Tak pisze Jakub Skurtys o tomach autorów średniego pokolenia:
"Zacznijmy od najciekawszych. Tom Anny Matysiak „Tyle nieznanych ryb” (Convivo) trudno czytać w kategoriach współczesnych, widmowych sytuacji komunikacyjnych i poststrukturalnej gry. To poezja konkretnego doświadczenia, osadzona w konkretnej biografii, autobiograficzna nawet, bo toczy się w niej – trochę jak u Dyckiego, choć formalnie w niczym go nie przypomina – rozprawa z przodkami, ich przywoływanie i wyklinanie. Matysiak to bowiem, jak informuje nas biogram, wnuczka Lisy i Fritza, zapewne hitlerowców, jeśli rekonstruować mazurskie pochodzenie i czasy sprzed II wojny. Fritz w każdym razie zginął gdzieś na wschodnim froncie, a powikłane losy rodziny stają się teraz tematem, z którym zmaga się poetka, tworząc coś w rodzaju postpamięciowego świadectwa o własnych dziadkach jako podstawie tożsamości. Całość opowiadana jest z perspektywy Ani, córki Anny, wnuczki Lisy. O ile jednak babka rzeczywiście umiera, a jej pogrzeb zdaje się być jednym z rytuałów przejścia dla dziewczynki (czy też dla świadomości podmiotu, który z nią identyfikujemy), to Fritz z kolei pozostaje fantomem, wyrzutem sumienia, zagadką, rodzajem brzemienia, które się dźwiga, ale które fascynuje i naznacza (aż do ostatniego wiersza na skrzydełku). To nie jest sentymentalna gadanina, pełna rodzinnych wspomnień, jak w dobrym albumie (bardziej przypomina to zeszłoroczne „Kamienie” Elżbiety Lipińskiej). Matysiak pisze w sposób różewiczowsko wręcz oszczędny, choć z wysokim stopniem metaforyzacji, wydestylowany z emocji, a w tle odbywa się schodzenie do piwnic, w głąb pamięci, w niechlubne dziedzictwo: „pod warstwą śpiącej ciszy/ środki zdań występują przeciwko/ końcówkom wyrazów// pod niemówieniem rośnie gadanina dni poprzednich/ gwiżdżą do ucha piwnice dziadków i wujków ze strony ciotecznych babek/ słowa z piasku/ z krypty/ z kopców ziemniaków z łętami do obrywania/ z łuskania grochu mieszania ciasta […]” („przez przypadki”). Coś sprawia, że w tych wierszach czuć ciężar Historii, że ulegają one sedymentacji, jak szkielety ryb na dnie morza. „Tyle nieznanych ryb” to jedno z moich prywatnych zaskoczeń, bo takiego ciosu z warmińsko-mazurskiego tygla tożsamościowego zupełnie się nie spodziewałem".

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Wiwaoure?

U nas się mówiło "babskie uszy". Ale być może wyłącznie w moim rodzinnym domu; to dosłowne tłumaczenie wyrażenia z gwary Plattdeutsch - "wiwaoure". Wiw to kobieta, a oure to uszy. Nie wiem na pewno, czy dobrze transkrybuję; piszę, jak słyszałam. Platt - niby niemiecki, ale nie całkiem. A czasem zupełnie nie.
W każdym razie później usłyszałam, że to faworki. Strasznie obce wydało mi się to słowo. Jakby skupiło w sobie wszelką możliwą językową obcość świata; żadne inne obcości lingwistyczne nie zadziałały już później tak mocno.  Do dziś powoduje lekkie wzdrygnięcie mego zmysłu językowego, wewnętrzny, organiczny niemal protest (ale już słowo "chrust" było dla mnie całkiem niemożliwe, może dlatego, że oznacza przecież suche gałęzie na opał - za nic bym go nie użyła).
To są dziwne uczucia. "Babskie uszy", obiektywnie jednak nie nazbyt eleganckie określenie, były elementem języka domowego, używanym chyba tylko w jednym domu na świecie. Tak jak "stara mama" (swobodne dość tłumaczenie niemieckiego słowa Grossmutter) na określenie babci Lisy, wymawiane tak łącznie, że w ogóle nie czułam jego składankowego charakteru. Słowa zupełnie pojedyncze, słowa bez języka. Możliwe chyba tylko na pograniczu narodowościowo-językowym. W pewnym sensie również wstydliwe, może dlatego, że tak mocno zrośnięte z ciałem.


czwartek, 24 stycznia 2019

piątek, 18 stycznia 2019

Widok z Mostu Północnego na terminal kontenerów

Plac pełen kontenerów nie jest taki zły,
wielopiętrowy zestaw klocków dla olbrzymka.
Jechałam dalej na północ i widziałam
żółte jelito zjeżdżalni, a obok
migotliwie czysty salon Forda.
Kolorowe skrzynki nie są takie złe,
wiatr niesie między nimi tumbleweeds -
złote kule westernów, a w samo południe
pod nagrzaną blachą na wąskiej plamie światła
dziewczynka gotuje dla lalek
obiad ze śrubek i piasku.

wtorek, 15 stycznia 2019

Biedne białka

Dehumanizacja wroga to strategia wypracowana przez homo sapiens jako jedna z najwcześniejszych, a może nawet ukształtowana z mechanizmów psychicznych właściwych najbardziej pierwotnym, najbardziej zwierzęcym pokładom nas w nas. Mówiąc o zwierzęcości, nie oceniam - to jest w ogóle poza kwestią etyki, to tak, jakby próbować przykładać jakości moralne do metabolizmu komórkowego. Zawsze chodziło o to, by przetrwać i wygrać rywalizację w środowisku ograniczonych zasobów. Aby zniszczyć rywala, należało niejako "osunąć się" w koleiny tej wypracowanej strategii (czyli stworzyć sobie obraz wroga jako nieczłowieka, insekta albo demona), żeby móc zabijać przy jak najmniejszym dyskomforcie (a czasem nawet mając poczucie dobrze spełnionego obowiązku). To się za bardzo nie zmieniło - świadczy o tym  historia ludzkości, która jest historią masakr, a gdyby krew nie wsiąkała, nasza planeta krążyłaby zawieszona w wielkim czerwonym bąblu. W naszej normalnej codzienności moglibyśmy o tym nie wiedzieć, gdyby nie nowe (w miarę) medium, jakim jest internet z jego portalami społecznościowymi: analizy językowe komentarzy, w których ludzie życzą sobie nawzajem różnych rzeczy, pokazują, że stosuje się w nich powszechnie retorykę odczłowieczania.
Bruno Latour, mówiąc, że nigdy nie byliśmy nowocześni, miał na myśli głównie myślenie magiczne aktywne w nas cały czas, ale można to, jak sądzę, rozciągnąć także na inne mechanizmy i strategie modelujące nasze kontakty z przedstawicielami gatunku.
Tendencje przeciwstawne natomiast to rzecz bardzo młoda - gdyby ująć historię ludzkości jako dobę, zajęłyby parę ostatnich sekund. Może minutę. To się zaczęło nieśmiało dopiero w oświeceniu, i potem falowało, wynosząc się i zapadając w społecznej świadomości. Ruchy emancypacyjne, empatia, tolerancja, nurty zakładające relatywizm poznawczy i kulturowy. Odkrycie pod- i nieświadomości i ogólnie "badanie mechanizmów", wglądy, a potem wglądy we wglądy. To wszystko w rytmie szarpanym, we wstrząsach, przetykane osuwaniem się na powrót w "bezpieczne" koleiny łatwej, dwubiegunowej interpretacji rzeczywistości.
Ale ta młoda rzecz - te próby wyzwolenia się z kolein agresji - jednak istnieje. Behawiorysta od homo sapiens, a może i antropologia powiedzieliby, że tego też nie ma co oceniać, bo to też wyłącznie metaboliczna predyspozycja. I to, czy aktywuje się w nas, czy nie, to nie kwestia swobodnej decyzji, tylko wychowania, genów, wpływu środowiska.
Na czym innym możemy się jednak oprzeć, jeśli nie na tych predyspozycjach białka, które nam dano?

środa, 9 stycznia 2019

Wiersze w "Wizjach" i "Tekstualiach"

Aż w dwóch miejscach można dziś przeczytać moje wiersze.
W magazynie internetowym Wizje, który w tym numerze ma bardzo ciekawe hasło przewodnie: "mniej"
Tutaj:
Moje wiersze pod linkiem

A w "Tekstualiach" cykl cztery wierszy Deprywacje, oraz dużo moich rysunków.
Nie ma linku, więc wklejam parę zdjęć. Na zdjęciu z dziwnym stworzonkiem dwa wiersze to własnie moje, dwa z cyklu (te krótsze)





niedziela, 6 stycznia 2019

tak było



Kiedy usłyszałam to wykonanie po raz pierwszy, postanowiłam, że chcę, aby puszczono je kiedyś na moim pogrzebie. Zwłaszcza głośno i wyraźnie od 3'11, ten krzyk narobiłby zamieszania.
Zobowiązałam moją Najbliższą Przyjaciółkę na świecie, by tego dopilnowała.
Ale to Ona umarła.
Dlatego piosenki też nie będzie.
MAGDO - kocham Cię, gdziekolwiek jesteś.

piątek, 4 stycznia 2019

Było

Śnieg prószy. Przypomniało mi się, jak Lu pierwszy raz zobaczyła śnieg - to była godzina pierwsza po północy, więc śnieg był nienaruszony, a napadało sporo. Lu zaczęła dziki, szalony taniec, skakała, tarzała się, wślizgiwała, szczekała z radości. Środek nocy, a nie chciało się wracać do domu. Dwanaście lat temu.