czwartek, 9 sierpnia 2018

trochę zdjęć

Zdjęcia.
W starym telefonie zbiła mi się szybka chroniąca obiektyw i zdjęcia wychodziły coraz bardziej zamglone. A że miałam możliwość przedłużenia umowy, wymieniłam też aparat. Pan w salonie polecał najnowsza nokię, więc się zdecydowałam, choć najpierw myślałam o innym, w którym aparat miał być jeszcze lepszy. Ale dziecko młodsze było ze mną i mnie stonowało. Na początku myślałam, że jednak zrobiłam błąd, ale trochę po prostu musiałam się przyzwyczaić. Stricte macro i tak muszę robić normalnym aparatem, bo czasem potrzebuję ostrzenia z odległości mniejszej niż centymetr - telefonem się nie da.
A tu próbka:













piątek, 3 sierpnia 2018

Jak zwykle o książce :)

Jest nowa książka. To również nowa seria, nazywa się "In praesenti", roboczo nazywam ją bytomską, bo stamtąd wzięła się inspiracja, a i pierwszy autor od dziesięciu lat związany jest z Wydziałem Teatru Tańca. Profesor Jerzy Święch uczy tam aktorstwa, a Elementarne zadania aktorskie to zapis ważnych zasad, technik i konkretnych ćwiczeń. Profesor stosuje je w nauczaniu akademickim, ale są opisane w taki sposób, że z powodzeniem może je wykorzystać także ktoś, kto prowadzi warsztaty, kółka aktorskie czy prowadzi teatr, na przykład z młodzieżą.
Podoba mi się też okładka i  w ogóle książka jako całość, przedmiot, dziełko :)


czwartek, 26 lipca 2018

Wyjście

Nieduże wyjście - po jeden zakup i po leki dla psa.
Zbierało się na burzę i pachniało nieskoszonym zielem. Postanowiłam zapuścić się w pachnące, przerośnięte manowce, a przypadkiem miałam ze sobą aparat.
















niedziela, 22 lipca 2018

Egzaminy magisterskie zakończone sukcesem. Wszystko poszło dobrze, ale nie wiedziałam, że dla mnie też będzie się to wiązało z takimi emocjami. Popołudnie spędziliśmy na rozmowach i wróciłam późnym wieczorem - cieszę się, że zostałam parę godzin dłużej.
Dziś zaś wylałam cały kubek kawy na komputer. Pudło komputera zostało w związku z tym otwarte i - jako że do środka jednak kawa się nie dostała - wyczyszczone z wieloletniego kurzu. Miałam pewne obawy, bo w tym niewielkim kawałku materii mieści się jednak cała moja firma i jeszcze wiele lat pracy twórczej ;) Nietrwałość. Nie: trwałość. Jedno w drugim - coincidentia oppositorum.



Chodnik bytomski. Ładny.

wtorek, 17 lipca 2018

Różności

Dużo pracy, dużo się dzieje, ale zdołałam zrobić badanie dopplerowskie i tętnice szyjne okazały się drożne. A więc dostałam zielone światło do rehabilitacji. P. przybył w piątek (o P. pisałam w jednym z pierwszych wpisów w blogu, ponad sześć lat temu... a znamy się jeszcze dłużej. Po drodze urodziło mu się dwoje dzieci, jedno już ma 10 lat ;). Jestem jednak strasznie spięta, no i bałam się położyć na wysokim łóżku do masażu, żeby nie zmiótł mnie na podłogę nagły zawrót. Na początku trzymałam P. za palec, na koniec jednak udało mu się nawet trochę ponastawiać kręgi szyjne i następny dzień był chyba najlepszy pod względem samopoczucia mojego kręgosłupa od kilku tygodni. A jutro powtórka. I dobrze, bo dziś już boli.
A pojutrze na dwa dni do Bytomia - dwójka studentów ma egzamin magisterski, a ja jestem promotorem. Moi pierwsi wypromowani magistranci na tym Wydziale, to jest jednak coś. Wzruszam się.

W domu drobne armagedony.

Spędzam sporo czasu na zewnątrz, ale muszę wracać do psa. Odkryłam fajne przyrządy do kroplówek - ze złączkami, dzięki którym już nie trzeba robić zastrzyku z ornipuralu osobno, tylko się dostrzykuje do rurki. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ale odkąd znam diagnozę Lu, nie przespałam całkiem spokojnie nocy. Ona śpi, nic jej nie boli, choć się oczywiście kręci i zmienia miejsce na materacu (czyli moim łóżku). A ja się budzę. A przecież nawet zasypiam spięta. Ciemne myśli, co będzie. Kocham ją. Ale wiem jedno - nigdy więcej żadnego innego zwierzęcia. Nie umiem o tym mówić, pisać, tłumię w sobie, ale to jest zbyt straszne. I ja się robię chwilami ciemna w środku i zła i nie chce niczego, a na pewno współczucia, zrozumienia itd. Chcę być na bezludnej wyspie, przez jakiś czas.

Na zdjęciach moja Lu z wczorajszego spaceru i kwiatki









niedziela, 15 lipca 2018

na papierze

Od przedwczoraj już jest w sprzedaży numer 7-8 "Twórczości" w postaci papierowej.
A w nim aż dziewięć moich wierszy.
Kupiłam, wącham, dotykam.
To działa na mnie - taka taktylność. I ciągle wzrusza.




środa, 11 lipca 2018

Nowe, nowe

Mam nową książkę. To znaczy wydawnictwo ma, ale wszak "wydawnictwo to ja", hmm, tak ;)))
Jest czwarta w serii "Jeden esej" - to książka Pawła Majewskiego Dwie próby o literaturze. Słowacki i Hoffmannsthal. Z Pawłem Majewskim współpracowałam już przed laty, kiedy był całkiem młodym pracownikiem naukowym IKP i świetnym tłumaczem książek z dziedziny antropologii komunikacji, a ja redagowałam te książki dla Wydawnictw UW. Potem czytałam jego własne książki i zawsze byłam pod wrażeniem. W 2017 roku wyszedł Lew, który mówi. Esej o granicach językowego wyrazu doświadczenia, i jeśli mogę jakoś językowo wyrazić swoje doświadczenie, to powiem, że żałuję, że to nie ja wydałam tę książkę. Bo to jest książka o różnych wymiarach obcości i o tym, jak człowiek próbuje ją wyrażać i przekraczać.

I dlatego między innymi - ale nie tylko, bo po prostu wiedziałam, że jeśli Paweł Majewski coś napisze, to po prostu to będzie dobre - zapytałam go jakiś czas temu, czy nie miałby czegoś do mojej serii. Okazało się, że ma, a gdyby to mi akurat nie pasowało, gotów był napisać coś specjalnie. Ale pasowało mi!

Dwie próby o literaturze to książka o tym, jak dwaj wielcy twórcy próbowali poradzić sobie z doświadczeniem, którego nie da się wyrazić dostępnym nam kodem językowym. Z doświadczeniem przekraczającym normalne, poddające się analizie przeżycia. Tak jak Słowacki, gdy zobaczył monument w Pornic i poczuł, że rozumie, jak duch dziejów kształtuje losy świata, od samych jego nieorganicznych początków. Z Hoffmannsthalem było jakby na odwrót - nagle zrozumiał, że wielkie i złożone systemy nie ogarniają rzeczywistości, i że on sam rozumie już coraz mniej, że zostaje tylko pojedynczość - rzeczy, organizmów, wydarzeń, że można tylko patrzeć, rejestrować ten rozbity świat. Genezis z ducha i List Lorda Chandosa to próby pokazania tego doświadczenia w (jednak) języku. A jednocześnie oba dzieła są właśnie wysiłkiem przekroczenia systemu komunikacyjnego, jakim jest język. Dlatego współcześni obu pisarzom odbiorcy często czuli się wobec tych tekstów bezradni, gotowi nieraz przypisywać ich twórcom szaleństwo lub co najmniej zażywanie jakichś dobrych środków psychoaktywnych. Zresztą i później badacze mieli z nimi kłopot. Ale to jasne, bo przecież badacze sami zawsze są częścią dyskursu. Próby wyjścia poza są cenne, ale trudne i przebiegają oscylacyjnie, gdy raz się wystawia stopę na zewnątrz, a raz się ją cofa, czasem nie wiedząc kiedy.
Dziś mamy posthumanizm i jeszcze parę filozofii angażujących dyskursy mniejszościowe. Można powiedzieć, ze wyostrzyła nam się świadomość naszej tępoty, czy też, że rozszerzyła świadomość naszych ograniczeń, że tak już sobie pójdę w oksymorony, które w sumie też są objawem zmagań z niewyrażalnym. Albo że jesteśmy gotowi na niegotowość, a jednocześnie otwarci na własne zamknięcie. To dobry grunt dla takich książek jak Dwie próby o literaturze.
A mnie zawsze to fascynowało.