piątek, 22 lutego 2019

Opublikowałam...

... nową książkę. Całkiem dziwną. Miała tytuł antyhaiku alergiczne i wyglądała tak:




Już ją zmyłam z mojego przedramienia, ale była naprawdę i traktowałam ją absolutnie poważnie. Nie nadałam jej numeru ISBN, bo prawo nie ujmuje takich obiektów, ale zrobiłam dokumentację.

środa, 20 lutego 2019

Właśnie...

..skarmelizowałam buraki, które wcześniej ugotowałam. Dodałam mozarellę, pomidorki koktajlowe i nieco winegretu. Na pewno pasowałaby natka pietruszki.
Ale już same buraki...ach! :)

środa, 13 lutego 2019

Bohemian Rhapsody

Wczoraj wieczorem starsze dziecko zabrało mnie na urodzinowe wyjście - poszłyśmy do kina na Bohemian Rhapsody. Bardzo dobry wieczór był to :)
Film znowu z kategorii tych, co to jak wiesz, na co idziesz, to będziesz zadowolona. Jak się lubi Queen, a ja lubię, to jest fajnie. I powzruszać się można w odpowiednio przewidzianych chwilach. No to się powzruszałam, choć chciałam bardziej :)
Jest to jednak zlepek epizodów; gdyby ktoś nieznający zespołu obejrzał, to nie złapałby przejść między nimi, nie wiedziałby, "co jest czym czego", że nagle jest na przykład trzy lata później, albo że coś się między postaciami musiało wydarzyć istotnego po drodze, ale nie wiemy zupełnie, co. Możemy się domyślać, na zasadzie właśnie znajomości klisz i wiedzy tak zwanej życiowej. Rami Malek w roli Freddiego niemal zawsze z tą samą miną, dość nieprzeniknioną, co ma sugerować, że w głowie niezwykłego artysty nieustannie rodzi się wielka muzyka na przemian z ekstrawaganckimi pomysłami na życie w takim natężeniu, że nie ma co szukać w jego oczach odbicia zwykłych emocji. Grana przez niego postać jest jednowymiarowa. Brakowało mi prawdopodobieństwa psychologicznego, tego "rodzenia się" czegoś w chłopcu z marzeniami, jakiegoś narastania napięcia, odbicia przemyśleń czy przełomów. Jeśli nawet jakaś scena ma potencjał, żeby to pokazać, to jest za szybka, jakby przewinięta, miałam czasem wrażenie, że z nakręconego materiału wybrano losowo co którąś klatkę.
Całość przyjemna, relaksująca, a dla mnie i córki dodatkowo wiąże się z ważną chwilą - jednym z pierwszych świadomych wspomnień mojego starszego dziecka. Jechaliśmy chyba właśnie rodzinnie na Mazury, gdy w radio powiedzieli o śmierci Freddiego. "Umarł Freddie Mercury, człowiek, który kochał koty". Tak to brzmiało. Nie jestem na sto procent pewna, czy to był 1991 rok, czy może pierwsza rocznica jego śmierci w 1992. Ale ten moment obie pamiętamy.

wtorek, 12 lutego 2019

Siedem

Siedem lat minęło. Siedem lat dziwnego projektu, który zaczęłam w moje urodziny - wtedy czterdzieste piąte. Miałam pisać przez rok codziennie. I tak było. A potem dalej, dużo ponad dwa tysiące notek. Najdziwniejszy czas w moim życiu, chyba lepszy niż ten bez bloga. Ze względu na uważność, na to, że czas zaczął płynąć wolniej, szerzej jakby. I z powodu inspiracji, jakie do mnie przyszły, i z powodu ludzi przede wszystkim. (I z powodu Magdy, której już nie ma, i za która tak bardzo tęsknię, a dzięki której zrozumiałam, czym może być przyjaźń).
Jestem wdzięczna wszystkim, którzy przez te lata byli lub są blisko.

Teraz piszę trochę mniej, bo czas jest inny.
Intensywny i pełen zmian.
Wchodzę w to.

niedziela, 10 lutego 2019

Dwa filmy

Jak ktoś chce sobie poprawić humor, to polecam film Green book (reż. Peter Farrelly, 2018). Uważam, że prognozowany Oskar to może przesada, to raczej na ogół film, który raziłby kliszami, gdyby nie był oparty na prawdziwej historii. Przemyka się po powierzchni wielu problemów, rzadko tylko zapuszcza sondę głębiej. Ale jeśli się wie, po co się idzie do kina, to warto. W takim filmie zakłada się rodzaj wiedzy "przedustawnej", wszyscy z grubsza wiedzą, czym jest rasizm, czym są podziały społeczne, niezrozumienie itd.; jest tak, że oto opowiemy wam ładną historię o tym, co znacie, w co jednak wolicie głęboko nie wchodzić teraz właśnie, bo teraz potrzebujecie nadziei i wiary, że wszystko jest możliwe, zmiana jest możliwa. Bo i tak wiemy, że do pewnego stopnia jest, chcemy tylko zobaczyć potwierdzenie, które ładnie nas pokołysze, ale dziobnie nas czasami igłą głębiej - np. gdy wybitny pianista Don Shirley, na głębokim południu USA, w garniturze, stoi oparty o samochód, a na polu ciemnoskórzy pracownicy najemni, w ubraniach jak sprzed wieku, przerywają swoje zajęcia i patrzą na niego jak na zjawę; albo gdy przyłapany na seksie homoseksualnym artysta siedzi nagi pod ścianą i wygląda to jak scena z Amistad (w pierwszym momencie dosłownie WIDZIAŁAM kajdany na jego nogach i szyi, choć ich tam oczywiście nie mogło być) i zresztą chyba ma tak się kojarzyć. To ma nas ukłuć, ale nie poranić za bardzo. Rzeczywistość jest dobra, a w tych miejscach, gdzie jednak nie jest, ma w sobie potencjał zmiany, to też ma być wyczuwalne. Zło jest, wiemy o nim, ale czai się w pewnej odległości (gangsterzy, którzy chcą skaptować Tony'ego; wiemy, że ten świat tam jest), dając złudzenie, że można się od niego odciąć.
I oczywiście świetny Viggo Mortensen.
Co skłoniło mnie zresztą, żeby sięgnąć, po raz któryś, po starszy film z jego udziałem, Historię przemocy (reż. David Cronenberg, 2005) . Spokojny, dobry człowiek, Tom, żyje z rodziną w małym miasteczku w USA (pośrodku niczego). Ma rodzinę, bar, kościół. Pewnego dnia jednak do baru wchodzą mordercy, chcą ukraść pieniądze. I gdyby na tym mieli poprzestać, nic by się nie stało, ale są to jednak tak bardzo źli mordercy, że postanawiają dla zasady zastrzelić barmankę. Wtedy Tom działa odruchowo i po minucie bandyci leżą martwi na ziemi.
Jeszcze próbujemy uwierzyć, że można się cofnąć, na powrót z piekieł do edenu. Ale telewizja pokazuje bohatera we wszystkich stacjach. W miasteczku zjawiają się dziwni ludzie w czerni. Kim właściwie jest Tom? Co zrobi? Chyba wszyscy już wiedzą...
Tutaj nie ma łatwego rozwiązania, choć reżyser gra z nami. Z archetypami i kliszami, jakie wdrukowała nam po pierwsze kultura i popkultura, ale też (a jedno z drugim się łączy) nasza historia gatunkowa homo sapiens. Od pierwotnych instynktów, przez próby wydźwignięcia się (skąd one się biorą? socjalizacja? naturalne dążenie do dobra, sprzeczne emocje w nas samych, które zawsze są, choć jednak na ogół nie przejawiają się w takich skrajnościach?), aż do...do czego? Pytanie zostaje w zasadzie otwarte. Może się wydawać, że rodzina, do której wraca Tom na koniec, już będzie zawsze skażona złem, ale może ona będzie po prostu... dorosła? Wbrew niektórym recenzjom chciałabym traktować ten film jako rodzaj moralitetu, w którym jaskrawo naturalistyczne okrutne sceny są w pewnym sensie tak mocne, że po prostu muszą zostać ujęte jak metafory, a całość krótkiej w zasadzie akcji rozciągnięta zostaje w archaiczną wręcz przeszłość i eschatologiczną przyszłość. A jednocześnie taka akcja to jakby przetworzenie pracy z kompleksem Edypa (zresztą w finałowej scenie mamy sygnały wprost o tym świadczące, w dialogu z bratem), tylko że zamiast ojca mamy "wielkiego" brata, ale on paradoksalnie jest ojcem, tyle ze mafii. Dlatego w głębi, gdy przetrzymamy powierzchowny wstręt, nie czujemy chyba odrazy do Toma, raczej jesteśmy z nim. Nieprzepracowany lecz wypierany wewnętrzny konflikt (lata udawania kogoś innego, wręcz ideału spokoju i łagodności) musiał rozsadzić rzeczywistość bohatera. Jego przyszłość, po wszystkim, będzie trudna. Jak życie.
Film - całościowa metafora, w której nie mamy do czynienia z realistycznym obrazem życia, raczej z przetworzeniem psychologicznego obrazu dorastania. Jak wiele "komiksowych" filmów, sięgający do "mitów" założycielskich naszego gatunku. Sięgający po to, co w swej "podwójnej pracy" maskowania i eksploatowania kultura zawsze przetwarza, tyle że ta dynamika różnie się układa. Cronenberg wyciąga ten mechanizm trochę bliżej pod powierzchnię i to dla mnie jest jego wartością Historii przemocy.
No to dwa różne filmy z Viggo Mortensenem jednego wieczoru. Jeden w kinie, drugi w domu, na komórce oglądany zresztą. Blisko skóry.

sobota, 2 lutego 2019

Wzruszenie, które trwa

Znajomy przysłał mi w środę późnym wieczorem link. Otworzyłam i przeczytałam.
Nie wiem, co poczułam najpierw, chyba po prostu wzruszenie.
W długim, bardzo ciekawym artykule na łamach internetowego pisma Mały Format Jakub Skurtys podsumowuje poetycki rok 2018: całość tu, naprawdę polecam! 
Kilka razy pojawia się w tekście nazwa mojego wydawnictwa, co mnie cieszy, i nazwiska autorów, których książki wydałam (Janusz Radwański, Grzegorz Wróblewski - głównie o poezji, ale i o wydanych u mnie "Miejscach styku"). A w części dotyczącej poetów i poetek urodzonych w latach '60.- niespodzianka, którą się dzielę wklejając poniżej. Tak pisze Jakub Skurtys o tomach autorów średniego pokolenia:
"Zacznijmy od najciekawszych. Tom Anny Matysiak „Tyle nieznanych ryb” (Convivo) trudno czytać w kategoriach współczesnych, widmowych sytuacji komunikacyjnych i poststrukturalnej gry. To poezja konkretnego doświadczenia, osadzona w konkretnej biografii, autobiograficzna nawet, bo toczy się w niej – trochę jak u Dyckiego, choć formalnie w niczym go nie przypomina – rozprawa z przodkami, ich przywoływanie i wyklinanie. Matysiak to bowiem, jak informuje nas biogram, wnuczka Lisy i Fritza, zapewne hitlerowców, jeśli rekonstruować mazurskie pochodzenie i czasy sprzed II wojny. Fritz w każdym razie zginął gdzieś na wschodnim froncie, a powikłane losy rodziny stają się teraz tematem, z którym zmaga się poetka, tworząc coś w rodzaju postpamięciowego świadectwa o własnych dziadkach jako podstawie tożsamości. Całość opowiadana jest z perspektywy Ani, córki Anny, wnuczki Lisy. O ile jednak babka rzeczywiście umiera, a jej pogrzeb zdaje się być jednym z rytuałów przejścia dla dziewczynki (czy też dla świadomości podmiotu, który z nią identyfikujemy), to Fritz z kolei pozostaje fantomem, wyrzutem sumienia, zagadką, rodzajem brzemienia, które się dźwiga, ale które fascynuje i naznacza (aż do ostatniego wiersza na skrzydełku). To nie jest sentymentalna gadanina, pełna rodzinnych wspomnień, jak w dobrym albumie (bardziej przypomina to zeszłoroczne „Kamienie” Elżbiety Lipińskiej). Matysiak pisze w sposób różewiczowsko wręcz oszczędny, choć z wysokim stopniem metaforyzacji, wydestylowany z emocji, a w tle odbywa się schodzenie do piwnic, w głąb pamięci, w niechlubne dziedzictwo: „pod warstwą śpiącej ciszy/ środki zdań występują przeciwko/ końcówkom wyrazów// pod niemówieniem rośnie gadanina dni poprzednich/ gwiżdżą do ucha piwnice dziadków i wujków ze strony ciotecznych babek/ słowa z piasku/ z krypty/ z kopców ziemniaków z łętami do obrywania/ z łuskania grochu mieszania ciasta […]” („przez przypadki”). Coś sprawia, że w tych wierszach czuć ciężar Historii, że ulegają one sedymentacji, jak szkielety ryb na dnie morza. „Tyle nieznanych ryb” to jedno z moich prywatnych zaskoczeń, bo takiego ciosu z warmińsko-mazurskiego tygla tożsamościowego zupełnie się nie spodziewałem".

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Wiwaoure?

U nas się mówiło "babskie uszy". Ale być może wyłącznie w moim rodzinnym domu; to dosłowne tłumaczenie wyrażenia z gwary Plattdeutsch - "wiwaoure". Wiw to kobieta, a oure to uszy. Nie wiem na pewno, czy dobrze transkrybuję; piszę, jak słyszałam. Platt - niby niemiecki, ale nie całkiem. A czasem zupełnie nie.
W każdym razie później usłyszałam, że to faworki. Strasznie obce wydało mi się to słowo. Jakby skupiło w sobie wszelką możliwą językową obcość świata; żadne inne obcości lingwistyczne nie zadziałały już później tak mocno.  Do dziś powoduje lekkie wzdrygnięcie mego zmysłu językowego, wewnętrzny, organiczny niemal protest (ale już słowo "chrust" było dla mnie całkiem niemożliwe, może dlatego, że oznacza przecież suche gałęzie na opał - za nic bym go nie użyła).
To są dziwne uczucia. "Babskie uszy", obiektywnie jednak nie nazbyt eleganckie określenie, były elementem języka domowego, używanym chyba tylko w jednym domu na świecie. Tak jak "stara mama" (swobodne dość tłumaczenie niemieckiego słowa Grossmutter) na określenie babci Lisy, wymawiane tak łącznie, że w ogóle nie czułam jego składankowego charakteru. Słowa zupełnie pojedyncze, słowa bez języka. Możliwe chyba tylko na pograniczu narodowościowo-językowym. W pewnym sensie również wstydliwe, może dlatego, że tak mocno zrośnięte z ciałem.