niedziela, 31 grudnia 2017

Niech będzie dobrze

Chcę napisać jeszcze coś w tym roku, ale chciałabym, żeby to było coś dobrego.
A jeszcze ciągle się boję, jakby słowa mogły zburzyć kruchą równowagę, którą staram się zachować.
Mąż odwiózł teściowa wczoraj, a  ten tydzień to była masakra. Aż nie chcę nic o tym pisać. Nie chcę.

Niech nowy rok będzie dobry - tego życzę wszystkim.
Sobie też i mam nadzieję, że się spełni.

piątek, 22 grudnia 2017

Rozmyślania

Tradycyjnie przed świętami przeszukuję internety, słuchając małego bębniarza.
Taki wewnętrzny przymus. Znajduję różne ciekawe wykonania, czasem całkiem nietradycyjne.



A święta jak od wielu lat to dla mnie bardzo ciężki psychicznie czas. Czas w którym okazuję się najbardziej żałosnym zwierzątkiem. Zdaję sobie sprawę, że w innych... warunkach nie musiałoby tak być. Dlatego w zeszłym roku zostawiłam towarzystwo i pojechałam do rodziców. Teraz jednak postanowiłam zostać. Może także dlatego, że wczoraj późnym wieczorem przyjechałam i nie mam siły jutro ruszać w podróż, zwłaszcza że sporo rzeczy dziś muszę w Warszawie załatwić.

Mąż właśnie pojechał po teściową. Po ostatnich jej wielomiesięcznych występach u nas postanowiłam już nigdy nie mieć z nią kontaktu, zablokowałam numer w telefonie, a kiedy mąż ją przywodził na kontrole w CO, ja wyjeżdżałam, tak żebyśmy mogły się minąć. Tym razem miała pojechać do córki do Austrii, ale jak się okazuje, nikt raczej nie jest gotowy jej u siebie mieć. To w sumie okropne, bo przecież ma aż troje dzieci, ale delikatnie można powiedzieć, że nagrabiła sobie...

Postanowiłam jednak dać jej szansę, sięgnąć po to do zakurzonych czeluści mojej psychiki. Nie wiem właściwie, dlaczego. Czy chcę znaleźć "sens świąt"? Czy chcę poczuć się "dobra"? czy podświadomie godzę się na wejście w rolę ofiary, bo się przyzwyczaiłam? I czy to motywacja raczej ok, czy raczej żałosna - nie wiem. I nie wiem, czy efekt w jakikolwiek sposób może być pozytywny, w sensie moralnym. Nie wiem, jak właściwie mogłybyśmy się komunikować, kiedy jestem uważana za "opętaną", za samo zło niemalże, moja praca w domu za jakieś udawanie, a każdy mój ruch krytykowany, włącznie ze służbowymi telefonami, wychodzeniem z domu w celach pracowych, smażeniem, gotowaniem, zapalaniem światła, ubieraniem się, kupowaniem sera itd. Mąż mój w tej jednej kwestii stara się mnie wspierać - wie, że jej niechęć do mnie jest chora, stara się ją izolować ode mnie. Teraz, gdy postanowił przywieźć ją do nas (bo nie ma innego wyjścia), nie sądzi, że moje "otwarcie" na nią, coś da, widzi to pesymistycznie. Ale ja nie mogę wyjechać na cały tydzień z domu, mam pracę, komputer tylko stacjonarny i mnóstwo spraw na miejscu. No i w końcu, jak by nie było, to także mój dom, mam prawo w nim mieszkać.

Jeszcze zdołowała mnie rozmowa światopoglądowa z mężem wczoraj. Zawsze, jak się trochę otworzę - żałuję. Chodziło o święta, że choć nie wierzę w konkretną opowieść religijną, jako antropolog wiem, jak ważne jest świętowanie, wręcz konieczne dla ludzkiej psychiki. Że postanowiłam potraktować opowieść o nowo narodzonym jako historie o tym, że coś rodzi się w nas samych, coś nagiego, czułego i gotowego na szukanie dobra - w nas i poza nami. Spotkałam się z murem - jeśli nie wierzę dokładnie i na sto procent jestem bez szans, bo tak jest napisane, ludzie mają prawo wierzyć w różne rzeczy, ale tylko jedna jest prawdziwa.

Tak, traktuję religijność jako właściwość konieczną naszego gatunku, która objawi się tak czy inaczej, jeśli nie w kościele, to w innych duchowych poszukiwaniach. Nie wiem, co czują inne ssaki naczelne i inne, ale jeśli istnieje bóg, to sądzę, że może mieć dla nich coś, co dla nas pozostaje tajemnicą. Nasze poczucie wyjątkowości, nasza pycha gatunkowa każe nam widzieć siebie samych jako rodzaj ziemskiego białka wybrany do "zbawienia". A jeśli Bóg zechce zbawić stułbię i aksolotla?  - Nie zechce, bo tak nie jest napisane. Doprawdy? Uzurpujemy sobie prawo, by zabronić bogu, jeśli zechce?

Życie ukształtowało mnie jakoś, w mniej czy bardziej udany sposób, ale jedno wiem na pewno i tego się trzymam - w moich sądach mogę się mylić. W zderzeniu z cudzą nieomylnością nie mam szans.

No to sobie popisałam. Nie wiem, czy nie skasuję, czy odważę się zostawić.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

na zapowiedzi

Dałam na fb, to jeszcze tu wrzucę :)
Tak mniej więcej ma wyglądać okładka, możliwe, że jeszcze zajdą jakieś milimetrowe przesunięcia.


sobota, 16 grudnia 2017

Głównie o książkach

Pochwale się, bo czymś trzeba :)
Jest już nowy numer czasopisma "Borussia" a w nim aż dwa moje teksty: esej o Erwinie Kruku oraz recenzja książki Janusza Radwańskiego Kalemberek.


Kruk to poeta z Mazur, który umarł w tym roku. Pisałam o nim sporo, bo i pracę magisterską dwadzieścia ponad lat temu, która zresztą ukazała się w wersji książkowej, i rozdział doktoratu, i kilka potem artykułów w książkach zbiorowych i czasopismach. Ten esej miał być rodzajem pożegnania, więc to nie było łatwe, a nie chciałam powielać tych wszystkich rzeczy wcześniejszych. Napisałam więc coś bardziej osobistego, zresztą ja też się zmieniałam przez te lata i nabyłam parę nowych perspektyw.
Kalamberek to zaś zbiór wierszy 33-letniego poety z Kolbuszowej, który bardzo, bardzo polecam.

I mogę już pokazać okładkę nowego tomu Leszka Szarugi, który przygotowuję do wydania:


A dziś wróciłam ze Śląska, na którym tym razem spędziłam prawie cztery dni, bo od środy. Do czwartku wieczór zajęcia ze studentami, a w piątek do Mikołowa, gdzie odbył się wieczór autorski związany z książką eseistyczną Leszka Szarugi Znaki przesilenia. Instytut Mikołowski to miejsce niepowtarzalne, na swój sposób magiczne, "nasycone" literackością. To się czuje aż do szpiku kości i wywozi się ze sobą to nasycenie. Ja tak mam, że odbieram różne rzeczy cieleśnie i tak je noszę w kościach i mięśniach, we włosach nawet :)

Dom zastałam przygotowany do kolędy, mąż spodziewał się księdza, ale ten nie przyszedł. Nie jest to zbyt dziwne, bowiem żadne z nas nie chodzi do kościoła, ale mąż jest bardzo prorządowy i chciałby. Jeden z księży jednak czasem przychodzi: po krótkich formalnościach wstępnych gada potem ze mną o książkach i ich wydawaniu :) 




wtorek, 12 grudnia 2017

Takie tam

Tydzień minął, tydzień ciężkiej pracy, nie miałam kiedy pisać ani nie miałam sił. Gdyby doba była dwa razy dłuższa też bym zagospodarowała. Jutro znowu w pociąg, do Bytomia, ale tym razem mam zamiar wrócić dopiero w sobotę, bo w piątek spotkanie autorskie w Mikołowie, a to koło Katowic jest, więc bez sensu wracać późnym wieczorem w czwartek, aby w piątek rano znowu jechać na Śląsk.
Cieszę się z tego piątku.

Pracuję teraz nad nowa książką, która ma się ukazać dokładnie w rocznicę debiutu Autora. I tak miałam ją wydać, więc postanowiłam nadać jej datę dzienną, co jest pewnym ewenementem (nawet nie wiem, czy jest gdzieś taka druga :). Stanie się książką jubileuszową, na pięćdziesięciolecie pracy twórczej. Będzie też miała w sobie element niespodzianki.
Taki miałam pomysł i go realizuję.
Mogę, bo kto mi zabroni. To jest plus sytuacji, że nie mam szefa ani szefowej, Robię to, na co... wcześniej sama zarobię.
Ale może kiedyś wydawnictwo mi się rozwinie? Wszak planuję nowe serie, będę nawet składać wnioski o granty na nie i o dofinansowanie do Instytutu Książki.
Zobaczymy, co będzie.

Albo przeprowadzę się gdzieś na dziką plażę w ciepłym dalekim kraju i będę smażyć placki.

I mój własny nowy zbór poezji się szykuje na początek 2018 roku.
I dwa artykuły w najnowszym numerze "Borussii" już za parę dni.
Takie tam.

piątek, 24 listopada 2017

pod kocem

Jeśli kładę się pod kocem i zaczynam czytać książki dla dzieci, które przed laty redagowałam dla wydawnictwa Nasza Księgarnia, i to te pogodne i miłe, to znaczy, że jestem w kiepskiej formie psychicznej i fizycznej. Infekcja, przepracowanie i różne trudne przeżycia ostatnich dni, nawracające poczucie, że jestem beznadziejna i się nie nadaje do niczego i nie podołam. Pewnie gdzieś tam źródłowy brak akceptacji dla siebie. Czytam, zapadam się i ta słodka rzeczywistość wydaje mi się bardziej realna niż ja sama.

sobota, 18 listopada 2017

Zdrowotnie

Od środy (a właściwie od wtorku, ale myślałam, że się rozejdzie) jestem chora. Infekcja górnych dróg. Wiem, że odporność mi spadła z przepracowania, zwłaszcza że miałam awarię Worda i straciłam pliki z całym dniem pracy, co musiałam oczywiście odrobić. I tak szczęście, że nie przepadła mi praca z całego tygodnia, bo mogła, i to już byłaby rzecz straszna. Ale organizm przystymulowany, zmuszony do umysłowej aktywności, gdy z całych sił wołał już o odpoczynek, musiał pewnie i tak na jakimś polu odpuścić. I ani trochę nie mam gorączki, wręcz przeciwnie, czasem ledwo 36.
Cóż, staram się odpoczywać, ale nie bardzo umiem i męczy mnie to.

Na Drugiej Stronie zaś umieściłam wiersz i parę zdjęć, jak by kto miał chęć to zapraszam :)

piątek, 17 listopada 2017

Pałac

Nieopatrznie znalazłam się w pokoju z telewizorem. Gdzie wiadomocosłychać.
"Oczywiście, że bym chciał i to bardzo" - słyszę. - "Żeby zburzyli pałac kultury. To przecież prezent od Stalina, symbol komunizmu".
Ja wiem, że w społecznościach o słabym poczuciu tożsamości czy też dużym poczuciu zagrożenia istnieją tendencje do niszczenia znaków świadczących o obcych wpływach.
Ale po pierwsze trudno byłoby znaleźć taką społeczność - państwo, miasto czy coś, które mogłoby wylegitymować się jakąś jednolitą ścieżką rozwoju, w której na początku wyklułby się jakiś twardy rdzeń i jednotorowo, bez wpływów parłoby naprzód w swej nieskalanej jednolitości. Nie ma. Wszyscy jesteśmy wiązką wpływów, dodatków, naddatków, mariaży i lineaży oraz przejmowanych resztek. Tożsamość to proces i zagospodarowywanie dziedzictwa - na różne sposoby i na licznych poziomach, państwowych, narodowych i grupowych i osobniczych.
A po drugie - czy naprawdę czujemy się tak słabi, że może nam zagrozić budynek w centrum miasta? Czy gdybyśmy z powojennej oferty radzieckiej - pałac albo metro - wybrali metro, to też chcielibyśmy je teraz zasypać? Może ono, to metro, penetrujące podpowierzchniowe warstwy miasta, działałoby jeszcze niebezpieczniej, bo podkopywałoby - nomen omen - nasze prapolskie "id". I to po cichu, niemalże w podświadomości. Och straszny, straszny świat. Dybie na nas i czyha i to od samego pępka.
Jak można tak żyć w takim strachu przed...   samym sobą?


sobota, 11 listopada 2017

Rzeczy przygodne

Czy kupiłaś chleb na jutro, a dlaczego na jutro. Ach tak, już wiem. 11 listopada, kolejny dzień ustawowy.
Pracuję od świtu po noc, kark mnie już boli, dopiero przyjechałam z Bytomia, mam jeszcze pamiętać takie rzeczy. Ależ oczywiście, że był w zamrażalniku. Nie, nie ja kupiłam.
Jak wychodziłam dziś na spotkanie, jeszcze było jakby trochę słońca, nie jestem nawet pewna, ale to takie jasne, z góry. Jak wracałam, już autobusy nie jeździły przez plac Na Rozdrożu, policja, wozy, ktoś coś przez megafon, w pierwszych kroplach deszczu, trzymając kaptur pod wiatr, poszłam przez plac Zbawiciela do metra.
Taki smutek, jak słyszę, co skandują.
Ktoś ostatnio powiedział, że na przykład ONR to jak grupa rekonstrukcyjna hitlerjugend.

Narodowość to rzecz tak przygodna przecież, mogło nam się życie przydarzyć w Senegalu, Chile, Pakistanie albo i w Norwegii. I co z tego.
Zatrzymałam się nad studzienką.






niedziela, 5 listopada 2017

Takie piękne

Wieczór autorski w Olsztynie udał się pięknie. Tym razem prowadziłam spotkanie bez większego zdenerwowania, choć zanim się zaczęło - stresowałam się. Bałam się też o sam wyjazd, bo podrażniłam sobie pęcherzyk żółciowy we wtorek (czekolada z orzechami i schabowy - chyba już przedwcześnie uwierzyłam, że nie będzie mi dokuczał). No-spa i jedzenie minimalne i jakoś dałam radę. Może spora dawka no-spy przed spotkaniem spowodowała, że się nie spięłam? ;) Ale raczej fakt, że miałam obok siebie dwóch cudownych autorów, którzy nie daliby mi się podłamać, bo są świetnymi opowiadaczami. I w ogóle świetnymi ludźmi są.
A książki są śliczne. Tak się cieszę z tej serii. Bo esej to "przygody człowieka myślącego". To otwarcie i wejście w dialog, a to w literaturze i w sztuce w ogóle najbardziej cenię.
Takie zdjęcie książeczkom zrobiłam:


Oczywiście można je kupić - także u mnie.

A ja trochę się zmagam - ze sobą. Depresyjnie. I nawał pracy. Choć przecież i tak daję radę.

niedziela, 29 października 2017

Liście

Późnopaździernikowe liście - najbardziej ujęły mnie te najciemniejsze, topolowe na mokrych ścieżkach. Napisałam coś na Drugiej stronie w związku z tym.
Ten format zdjęć z telefonu taki podługowaty, dlatego czasem przycinam.
Szpaki chyba odleciały, niedawno gadały na topoli.
Coraz więcej sikorek.





















czwartek, 26 października 2017

Paradoksy

Jestem jak husky. Jak nie wybiegam, robię się agresywna. Tyle że oczywiście nie biegam, pracę mam na myśli. Wróciłam z Bytomia kompletnie wyczerpana, zjadłam, padłam i...  odtajałam i już zaczęło mnie ciągnąć. Mam tłumaczenie, ciekawego tekstu zresztą, z niemieckiego na polski, teksty do redakcji i inne takie. Dla różnych wydawnictw.
No i prace nad książkami w moim wydawnictwie - tu też dużo robię sama. Różne rzeczy muszę zlecić, sama sobie nie wydrukuję na przykład. I nie zrobię składu i nie przygotuję do druku okładki, choć czasem je projektuję. Ale już redakcje, liczne korekty, cała organizacja, dystrybucja, działania promocyjne - oraz także księgowe, ta cała papierologia umów różnego rodzaju, faktur rachunków, wuzetek - to wszystko tak. Ogarniam.
Czy to się opłaca - zapytano mnie.
Nie. Ale WARTO.
To taka właśnie dziedzina, że warto.

We wtorek był wieczór autorski Leszka Szarugi, autora pierwszej książki w nowej serii. Było fajnie, dyskusje momentami intensywne, gorące. Bo esej to taki gatunek literacki, że często wprost prezentuje spojrzenie autora na ważne dla wszystkich sprawy. I prowokuje do dialogu, otwiera nowe perspektywy.
Cieszę się bardzo z tej serii.

W Bytomiu byłam drugi raz w tym roku akademickim. Już się przyzwyczaiłam do tego miasta. Zajęcia ciągle stresują, zwłaszcza że teraz mam głównie z rokiem, z którym mi na początku "zazgrzytało". Stres mnie najbardziej z nimi łamał, co było widać i co odbijało się na jakości zajęć. Mimo wszystko bardzo chcę to robić. I traktuje to teraz jako szansę. Nic na siłę, po prostu dam z siebie wszystko. To może brzmieć jak paradoks, ale oznacza to, że niczego w tej mierze nie będę oczekiwać od świata - tylko od siebie. Na spokojnie.

Ten czas jest w ogóle pełen paradoksów, te kilka ostatnich lat. Właściwie chciałabym napisać hymn pochwalny o życiu, ale jednak wyłazi ze mnie przesądny dzikus.

niedziela, 22 października 2017

Jak będzie

Mam w sobie dużo ciemnej złości.
Otchłań przychodzi, kiedy się nie spodziewam. Kiedy po zajęciach wyciągam telefon, znajduję numer i nagle wiem, że to na darmo. Zawsze po zajęciach dzwoniłam. Jeszcze przyjdzie wiele rzeczy, które będą pierwszy raz bez Niej. Ale i bez takich rzeczy nigdy nie wiesz, jak będzie. To jest jak uderzenie w głowę.
Dziś chciałam wyjść na ulicę i na cały głos wołać jej imię. Potem pomyślałam, że to jak z filmu. A może właśnie z filmu. Podpórki do żałoby. Może tak musi być, bo może w środku mam pustkę. Otchłań by nas zjadła, gdybyśmy nie wiedzieli, jak to zrobić. Bezradni. Połączenie olbrzymów i marionetek.
To nie tak, że nie daję rady. Daję.


piątek, 20 października 2017

Wieczór wrażeń

Na dzisiejszym wieczorze autorskim w Otwocku Jarosław Mikołajewski rozmawiał o kilku swoich nowych książkach - oraz przedstawił książkę Jana Zapolskiego Rozejm, wydaną w moim wydawnictwie. Książka - jak o tym świadczą pierwsze reakcje czytelników - jest niezwykła, uniwersalna, ludzie rozpoznają w niej siebie lub bliskich, a jednocześnie jest ważna, bo oswajając wspólne wielu ludziom emocje, pokazuje, że nie jesteśmy sami z różnymi traumami. Dobrze jest o tym wiedzieć.
A ja miałam mocne wejście, mianowicie stanęłam za blisko świecy. Usłyszałam charakterystyczne skwierczenie, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to moje włosy. Gdyby nie przytomna reakcja jednej z pań, mogłoby być dość widowiskowo, a tak po prostu śmierdziało. No i po jednej stronie brak mi teraz... końcówek. Dostaliśmy po tym strasznej głupawki :) Znajoma powiedziała, że moje włosy stały się "częścią legendy założycielskiej lokalu". Bo lokal nowy, dopiero powstający.
Było fajnie.
A z drukarni dotarła nowa książka, esej Znaki przesilenia Leszka Szarugi. Jest śliczna! Ma fajny format, dobrze leży w ręce.


W środę zaś byłam w Bytomiu, w czwartek wróciłam i ogólnie gęsto od zdarzeń jest. raz czuję się psychicznie zmęczona, a za chwile mogłabym góry przenosić. Takie średniej wielkości.

wtorek, 17 października 2017

W samo południe

- Zostawiłam w was okulary - dzwonię do stylowo-zaniedbanego pubu, w którym spędziłam wczoraj kilka inspirujących godzin na rozmowie z moim przyszłym autorem.
- Może pani podać więcej szczegółów? - pyta barman.
- No, takie okrągławe, w brązowe kolorki?
- Ile dioptrii? - dopytuje. Hmmm.
- Dwa i pół. Zgadza się? - pytam niewinnie.
- Cóż, te są bardziej jak lenonki, a kolory układają się w zeberkę. Nie wiem, czy to te.
Tak, jestem przecież znanym łowcą okularów pozostawionych w pubach i obdzwaniam wszystkie, na wszelki wypadek.
- No cóż - dodaję - ja mam za to w kieszeni wasz klucz od damskiej toalety, który zabrałam przypadkiem.
- Ach! To pani! To świetnie!
- Ale może to akurat nie wasz? Może pan podać więcej szczegółów?
Śmiejemy się. Oficjalna wymiana jeńców dokonała się dziś w samo południe.


niedziela, 15 października 2017

Po co?

Kolejne pomysły obecnie nam panującego rządu coraz bardziej wyglądają na ponure żarty. Przecież czegoś tak głupiego i złego nikt normalny nie mógłby wymyślić, więc to pewnie fejbsukowy żart, kabaretowy numer. Ale nie.
Zlikwidować kulturoznawstwo jako dyscyplinę naukową. Oczywiście nie zamkną ust kulturoznawcom - ale zapewne idące za tym zmiany instytucjonalne i finansowe mają utrudnić im działanie. Czy dlatego, że tę dziedzinę rząd widzi jako zagrażającą? Za dużo w niej myślenia i badawczej otwartości?
Oczywiście w ostatecznym rozrachunku to tak, jakby za pomocą odgórnych dyrektyw zabronić istotom żywym procesów metabolicznych.
Więc po co?
Po nic.
Po to, żeby obsikać.

sobota, 14 października 2017

nadaliśmy

Całkiem niedawno wysunęliśmy łepek z kokonu, z nukleotydowej otulinki, i pierwsze, co zauważyliśmy, to otchłań z każdej strony. Nadaliśmy sobie imię sapiens, przez tę otchłań.

wtorek, 10 października 2017

.............

Magdalena Szozda nie żyje.
Moja kochana przyjaciółka, wspaniała, mądra kobieta, blogerka. Niektórzy z Was pewnie znali ją jako Magdę Spokostankę z bloga Na 27 stronie.
Niezwykle utalentowana literacko, autorka pierwszej książki, jaką wydałam.
Nie wiedziałam, czy dam radę to napisać, ale wiem, że chciałaby, abym to zrobiła.
A ja bym chciała, żeby o niej pamiętano, mówiono, myślano.

piątek, 6 października 2017

Nowa seria

Pracuję nad nową serią, która ma się zaraz rozpocząć w moim wydawnictwie. To seria eseistyczna - a jej nazwa to Jeden Esej. Pierwsza książka niedługo wybiera się do drukarni, a jej okładka wygląda tak:

Po prostu kocham to robić.

sobota, 30 września 2017

Bajka

Dawno temu w odległej galaktyce. Albo nie tak odległej. Tak czy owak układałam sobie bajkę, żeby przetrwać. Bajka zmieniała się, falowała, skracała, wracała do punktu wyjścia, zapominała się i przypominała. Aż w końcu postanowiłam ją zapisać, żeby nie zniknęła. Już ją kiedyś w blogu publikowałam, ale zaglądam do niej czasem i poprawiam. Niektóre słowa zaczynają mnie śmieszyć, albo wydają się puste.
Pomyślałam sobie teraz, że ją przypomnę:



Królewna w pancerzu

Pewnego razu była sobie królewna.
Miała tatę króla i mamę królową, którzy bardzo kochali swoją córeczkę i powtarzali jej często, jaka jest śliczna i mądra.
I wszystko było dobrze aż do dnia, kiedy dziewczynka przybiegła z płaczem z ogrodu, w którym bawiła się z dziećmi. Wbiegła do królewskiej sieni, z niej do pokoju królowej, by tam wpaść w ramiona mamy. Wtedy jednak zdarzyło się coś dziwnego: królowa, przytulając królewnę, poczuła zimno, takie zimno, jakby dotykała metalu na mrozie. Odsunęła się szybko, odchyliła bluzeczkę córki i zobaczyła... zobaczyła coś, co bardzo przypominało metal.
- Co ty tu masz? – krzyknęła?
- Nie wiem, mamo! – zawołała dziewczynka.
Wtedy królowa zrozumiała, że ciało jej córki od pasa do ramion pokrywa twardy pancerz z materiału twardego jak metal i tak zimnego jak żelazo na mrozie. Nie dało się go zdjąć, bo ręce bardzo marzły, poza tym pancerz był jakby przyrośnięty do skóry.
Królowa, przerażona, zawołała swojego męża króla. Gdy królewna zobaczyła tatę, krzyknęła – przytul mnie! – i podbiegła do niego. Po chwili jednak ojciec odsunął ją, bo nie mógł znieść strasznego zimna.
- Przytul mnie, przytul! – krzyczała królewna, ale nikt nie mógł wytrzymać przy niej dłużej niż kilka sekund.
- Przytul mnie! – wołała, płacząc do guwernantki.
- Przytul mnie! – wołała do kucharek, lokajów, a nawet do dowódcy pałacowej straży.

- Przytul mnie! – królewna stała na środku sali, a wokół niej robiło się coraz bardziej pusto.

Mijały dni, tygodnie, lata.
Królewscy lekarze nie umieli nic poradzić na cierpienie królewny, również najtężsi magowie byli bezradni.
Król i królowa oraz cały królewski dwór nauczyli się żyć z tym, co się wydarzyło.
Nauczyła się tego także królewna. Wiedziała, że nie może podchodzić do ludzi za blisko. Było jej stale zimno i nawet jeśli ktoś objął ją na małą chwilę, pomagało to bardzo niewiele. Robiła mniej więcej to samo co inne królewny w jej wieku – bawiła się, uczyła , czytała książki. Tylko czasem, w nocy,  budziła się, krzycząc – przytul mnie!

Gdy królewna stała się młoda kobietą, zdesperowany król – wzorem królów w innych bajkach – postanowił ogłosić wielki turniej.
- Temu rycerzowi, który zdejmie zły czar z królewny, ofiaruje się rękę królewny i połowę – dyktował królewskiemu pisarzowi – i połowę..., trzy czwarte...., nie! Całe królestwo! Ten, kto uleczy moją córkę, dostanie całe królestwo!
Ogłoszenia zawisły na murach i drzewach, a królewski trębacz objeżdżał wszystkie sąsiednie krainy, odczytując głośno tekst.
Wyznaczonego dnia przed zamkiem zebrało się sporo książąt i rycerzy; wszyscy byli gotowi zmierzyć się z trudnym przeciwnikiem, jakim był zimny pancerz.
- Ja jestem Książę Silny i Odważny – rzekł pierwszy młodzieniec. – Niczego się nie boję i rozerwę pancerz własnymi rękami.
Jak powiedział, tak... próbował zrobić. Nie minęła jednak minuta, gdy zawołał: - Moje ręce! Moje ręce są prawie odmrożone. Jeszcze chwila, a już nigdy nie mógłbym dokonywać wielkich czynów. Och, to straszne! Moje ręce!
Książę odszedł, chwiejąc się na nogach i wpatrując w swoje dłonie, ale królewna miała jeszcze nadzieję; wszak przybyło tylu śmiałków...
- Ja jestem rycerz romantyczny – rzekł cicho młodzieniec o smutnym obliczu. – Niosę ze sobą wielką moc, a jest to moc moich łez. One są takie gorące, że roztopią każdy lód, zniszczą najtwardszą stal.
Usiadł obok królewny, pochylił nad nią głowę, a jego łzy jak srebrne perły gęstym strumieniem spadały na pancerz. Jednak każda łza, odbijając się od pancerza, zamieniała się w grudkę lodu. Rycerz płakał i płakał, aż w końcu dłużej nie mógł.
- Jak to? – zawołał z rozpaczą w głosie. – Moje łzy! Zmarnowałem moje łzy! Wypłakałem wszystkie i nie mam więcej! Jak teraz będę użalał się nad księżniczkami uwięzionymi w wieżach, jak będę opłakiwał nieszczęśliwych i biednych? No jak? Co zrobiłaś ze mną królewno?
Rycerz odbiegł, zawodząc ,i chciał zapłakać nad swoim smutnym położeniem, chwilowo okazało się to jednak niemożliwe. Królewna zaś patrzyła zatroskana, jak tłumek mężnych przed zamkiem przerzedza się, jak coraz mniej pewni siebie książęta i rycerze wycofują się chyłkiem, nie chcąc ryzykować, nawet za cenę całego królestwa.
- Jestem Książę Celnie Strzelający – powiedział spokojnie jeden z tych, którzy zostali na placu. W tym kołczanie mam zaczarowane strzały, które nie chybiają celu i potrafią skruszyć wszystko, w co trafią.
Księżniczka zafrasowała się nieco. „Co będzie, to będzie”, pomyślała jednak, choć na wszelki wypadek postanowiła zamknąć oczy.
I rzeczywiście – Książę Celnie Strzelający strzelił celnie. Zaczarowana strzała nie skruszyła wszak pancerza, lecz ześliznęła się z niego, raniąc królewnę w ramię.
- Au... – powiedziała królewna.
- To nic, to nic – odrzekł książę. – Powtórzymy to. – Książę wypuścił drugą strzałę.
- Auu! – powiedziała królewna trochę głośniej.
- Co jest? – zirytował się lekko Książę Celnie Strzelający i zamierzył się po raz trzeci.
- Nie! – powiedziała królewna całkiem głośno. – Wystarczy! To się nie uda! Po prostu nie ma na to sposobu. Koniec turnieju!
A potem odwróciła się i odeszła do swojego królewskiego pokoju. 

- Hej! – zawołał nagle ktoś zza okna. – A może Mądry Książę coś poradzi.
Królewna wychyliła się przez parapet i zobaczyła maleńką staruszkę.
- Nie było tu nikogo takiego! – zawołała. – A ty kim jesteś? – zapytała.
- Chyba widać, że jestem wróżką, prawda? – zniecierpliwiła się kobieta.
- Jacy wy wszyscy jesteście dzisiaj nerwowi – westchnęła dziewczyna. – A więc co z tym księciem?
- Do Mądrego Księcia to ty musisz się wybrać. On nie jeździ po turniejach. Jest na to za mądry. Poza tym mieszka w Odległej Krainie, a to przecież kawał drogi. Ale polecam, polecam. Warto. – Ostatnie słowa wypowiedziawszy z naciskiem, wróżka oddaliła się, lekko utykając.

Król i królowa gotowi byli wiele zrobić dla swej córki, tak więc już następnego dnia królewna wraz z królewskim orszakiem ruszyła w drogę. Odległa Kraina była rzeczywiście dość daleko, ale w końcu królewna dotarła do zamku Mądrego Księcia, gdzie...  dostała numerek i stanęła w długiej kolejce.
Gdy dotarła przed oblicze księcia i przedstawiła mu swój problem, ten powiedział:
- Oczywiście, mogę ci pomóc królewno, ale główną część pracy musisz wykonać sama. Musisz udać się w Daleką Drogę i nikt nie może tam pójść z tobą. Będziesz szła, aż znajdziesz zaczarowane źródło i tego samego dnia musisz patrzeć w nie aż do zachodu słońca. Musisz być bardzo uważna i ani na chwilę nie odwracać oczu, bo w którymś momencie w odbiciu zobaczysz szczelinę w pancerzu. Wtedy włożysz w nią magiczną pestkę i poczekasz na to, co stanie się dalej. – Mądry Książę podał królewnie mały woreczek na sznurku.
- A skąd mam wiedzieć, w którą stronę iść? – zapytała królewna.
- I na to jest sposób. Woreczek z pestką zawieś sobie na szyi, tak by znajdował się na wysokości serca. Każdego ranka obróć się kolejno na wszystkie strony świata. Gdy poczujesz, że boli, idź przed siebie.
- Dziękuję Mądry Książę – powiedziała królewna. – Możesz teraz dostać całe królestwo mojego ojca króla oraz na dodatek moją rękę.
- Królestwo? – zamyślił się książę. – Taaak, przyda mi się. Ale za rękę dziękuję. Jestem przecież Mądry, czyż nie?
Królewna również zamyśliła się i pozostała zamyślona przez dłuższą chwilę.

A potem – ruszyła w drogę. 

Droga była naprawdę długa. I w dodatku trudna. Wiodła przez lasy, góry, strumienie i rwące rzeki. Przez kłujące krzaki i gorące pustynie, a także przez śniegi i skute lodem jeziora.
W końcu jednak królewna dotarła do zaczarowanego źródła. Była bosa, w poszarpanej sukience, w której trudno było dopatrzeć się śladów królewskiej szaty. Jej twarz, włosy ręce – poszarzały od piasku niesionego przez wiatr.
Królewna podeszła do brzegu źródła, opadła na kolana i zaczęła przyglądać się swemu odbiciu. Słońce zniżało się powoli.

-Pomóż mi – usłyszała nagle głos.
- Co się stało? Kto tu jest? – krzyknęła zaniepokojona.
- Pomóż mi. Jestem wędrowcem. Umieram z pragnienia. Proszę, daj mi wody.
- Ale ja nie mogę stąd odejść. Tak długo tu szłam! Za chwilę zajdzie słońce, a przedtem pojawi się szczelina w moim pancerzu. Po tym wszystkim przyniosę ci wody.
- Wtedy będzie za późno – wyszeptał człowiek. – Teraz, teraz właśnie jest ostatni moment, żeby mi pomóc, a ja nie mam już siły wstać.
Królewna westchnęła głębiej niż zwykle.
Czy miała pozwolić wędrowcowi umrzeć?
A może on po prostu kłamie, bo chce odwrócić jej uwagę od zadania, które ma wypełnić? Tak długo szła i teraz w ostatnich minutach wszystko ma przepaść, a ona zostanie na zawsze uwięziona w zimnym pancerzu?
Ale czy mogła pozwolić....

Wstała. Zaczerpnęła wodę w dłonie, podeszła do wędrowca i dała mu pić. Potem jeszcze raz.

Trudno. Pozostanie przez resztę życia w pancerzu. – To nieważne.
Trudno. Być może dała się oszukać. – To nieważne.
W tym momencie zaszło słońce.
Królewna roześmiała się i śmiała się coraz głośniej.

- Dziękuję – powiedział wędrowiec i podał jej kubek. Był w pełni sił i królewna nie wiedziała, czy pomogła mu woda z zaczarowanego źródła, czy raczej wszystko było oszustwem. Jednak spojrzała mu w oczy koloru wody z jeziora i wtedy zobaczyła, że odbija się w nich jej pancerz, w którym otwiera się szczelina. Spokojnie wyjęła pestkę z szarego woreczka i wcisnęła ją w szczelinę.
Na początku nic się nie działo.
A potem pancerz po prostu pękł.
Naga skóra, pozbawiona nagle zbroi, była delikatna jak ciało ledwo wyklutego pisklęcia i czuła dotkliwie każdy podmuch wiatru.
Królewna spojrzała w dal, na horyzont, gdzie w ciemności zapalały się światła wielkiego miasta.


Zupełnie nie wiedziała, co będzie dalej.

czwartek, 28 września 2017

Spod wiatru

Na skarpie ziemia pod trawą jest zimna i nie wyschła do końca. Ale asfaltowy szary placyk, nagrzany, oddaje ciepło. Siadam po turecku, zamykam oczy. Trochę się kiwam. Słońce owija się wokół mnie, obejmuje cały ból, depresję, całą rozpacz. Ale też szczęście, i rozkosz, i zachwycenie - to wszystko najcudowniejsze, co spotyka mnie niezasłużenie. Każe drżeć tym wszystkim mitochondriom, od szpiku najgłębszych kości do naskórka. I jeszcze warstewce powietrza wokół. Zdjęcia robię trochę na ślepo, spod wiatru.