piątek, 31 marca 2017

Podzielić się

Dużo się dzieje, w większości dobrze.
Bytom - czasem dwa dni, ale bywa że trzy albo cztery. Praca redakcyjna też, dość intensywna.
Kolejne tomy serii Tangere się przygotowują, a i nowe plany wydawnicze się lęgną.
Dziś dostałam mailem miłą niespodziankę i chcę się podzielić: w "Magazynie Literackim Książki" Janusz Drzewucki pisze o najnowszej książce serii, wspomina też o pozostałych tomach.


Czasem nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście spełniam swoje marzenia - wydaję dobre książki.
Ciepłość w sercu i rozczulenie. A także wdzięczność. Szczegółowa oraz uogólniona, taka do świata wokół :)

wtorek, 28 marca 2017

Dobry dzień

Wczoraj był piękny dzień.
Piękna pogoda i długi spacer - też miały znaczenie.
Te wiejskie okolice są w środku Warszawy, całkiem blisko mojego osiedla.




A to widok z tak zwanej skarpy wilanowskiej, na którą wdrapałam się po schodkach, sprytnie kręcących się między domami. Widać świątynię opatrzności.





Transformatorów oraz ścian ze sztuką też nie zabrakło.








oraz chodnik - widok z ławeczki :)


niedziela, 26 marca 2017

Odnaleziony fragment świata

Właściwie nie wiem, co można by do tego dodać. Jakie słowa.
Może tylko pytania - dlaczego nie mogłam tego widzieć wcześniej. Zwłaszcza listu. Bo fotografie przypominam sobie mgliście z wczesnego dzieciństwa, przynajmniej tak mi się wydaje.
List jest ze stycznia 1945. Pisany żywą ręką Dziadka F. do ukochanej Lisy i małego synka.

PS. Dziadka F. nigdy nie poznałam. Mój tata, czyli jego syn, nigdy go nie poznał. Dziadek nie wrócił z wojny. Przez kilkadziesiąt lat żyłam w przekonaniu, że nic nie zostało, choć tak bardzo chciałam się czegoś dowiedzieć. Babcia nie chciała rozmawiać. A dla mnie po jednej stronie przeszłości otwierała się pustka.
Ten list to więcej niż pamiątka.




środa, 22 marca 2017

Twardy rdzeń



Wczoraj wieczorem obejrzałam spektakl dyplomowy studentów szkoły Machulskich. Poszłam, bo gościnnie występowało w nim dwoje moich studentów z Bytomia, byli też odpowiedzialni za choreografię i warstwę muzyczną.
O czym jest ten spektakl?
Można o tym przeczytać na fejsbukowej stronie wydarzenia - o inspiracjach, nawiązaniach, przetworzeniach motywów - od filmów kręconych w obozach w czasie drugiej wojny po postapokaliptyczne wizje sf, a wszystko to z pytaniem o pornografię w kulturze, choć może raczej o pornograficzność kultury, różnica jest ważna,  bo nie tylko o seks chodzi.
A może nawet w ogóle nie o seks.

Najprościej może bedzie powiedzieć,  że spektakl jest o tym, o czym prawie zawsze jest sztuka. O rozpaczliwym, pelnym bólu i niespełnienia poszukiwaniu miłości i może sensu życia, co prawie wychodzi na to samo.
A jednocześnie chciałoby się dodać, że o apokalipsie. O końcu świata.
O apokalipsach. O końcach świata.
To splatające się historie kilku postaci, a właściwie esencjalne epizody z ich życia pokazane w ultraprzybliżeniu. Przybliżenie dzieje się czasami dodatkowo przez duży ekran - widz ma go przed sobą jak w kinie.
Aktorzy tworzą postacie, które są żywe psychologicznie, które zmieniają się w swoich historiach, choć te pokazane są nielinearnie, od punktu "teraz" do przodu i w tył w kolejnych wychyleniach. Tak jak historia Niki, rosyjskiego aktora gejowskiego porno - scena kastingu dosłownie wciska w krzesło. W dobrze zagranej rozmowie z agentem filmowym, przy oszczędnych środkach wyrazu konfrontujemy się z całym domyślnym "przedtem", gdzie mieści się ból, desperacja, samotność,  nadzieja i rozpacz - i jeszcze pewnie wiele emocji, które można mieć, gdy się zdradza siebie samego.
Jednocześnie postacie sztuki zachowują cały czas potencjał symbolizowania, są silnie rozpięte między swoją osobnoscią  i konkretnoscią a uniwersalnością.
Od punktu centralnego wychylamy się w przeszłość, gdzie spotykamy bohaterów we wcześniejszych fazach życia, ale także inne osoby, czasem rodziców, czasem postaci połączone innymi rodzajami zależności. Widzimy tam skomplikowane relacje, zdarzenia o kluczowym znaczeniu, bądź odsłaniające powody traum - albo po prostu niezdolności do kochania. To często łańcuch kolejnych emocjonalnych krzywd i niezaspokojeń. Odgrywanie różnych postaci przez tych samych aktorów podkreśla tego rodzaju zależność, co zresztą jest wprost artykułowane.
Artykulowanie takie jest charakterystyczne dla tego spektaklu, postacie płynnie przechodzą od głosu narratora do własnego i z powrotem. Dlatego wchodzimy do opowieści i wychodzimy z niej, co tworzy pewien rodzaj odbiorczego napięcia.
Intymna opowieść zmienia się niemal w protokół ze śledztwa i oscylujemy od napięcia do ciekawości : czy nas to dotyczy czy nie, nas czy nie nas, nas czy....
Schodzimy w dół czasu, przez Izrael lat sześćdziesiątych, gdzie swój ból przeżywa pisarz Kaleb, pozbawiony z powodu wojennych odmrożen nóg i penisa, oraz zdradzająca go żona. Być może Kaleb finansuje jej kochanków, by móc patrzeć. Patrzeć, a później nienawidzić.
Ale niżej, na dnie, jest wojna i przerażające eksperymenty na jeńcach. Oglądamy na ekranie rekonstrukcje filmów pokazujacych tortury, a obok, w foliowym studiu-baraku, esesmankę w seksualnej ekstazie
Jej "badania" miały wykazać, że ból nie zmienia działania mózgu.
Znajduje to może paradoksalnie potwierdzenie w ostatniej prawie scenie, gdy "jedyny ocalały" po nuklearnej zakładzie Paul "z optymizmem patrzy w przyszłość", gotów sam (!) odbudować rodzaj ludzki.
A więc rzeczywiście ból - dominujący aspekt naszej historii - nic  w nas nie zmieni. Po apokalipsach odradzamy się tacy sami.
Świadomie oddalam się tu od wskazówek interpretacyjnych umieszczonych na stronie, jak zwykle oglądam organicznie, "brzuchem" - tak to nazywam. Ślady popkulturowe i historyczne są i tak czytelne.
Zachwyciłam się muzyką - aranżacjami o specyficznym klimacie, podobnym jak wcześniej w Carson City.
Nie napisałam o Carson City?
Koniecznie muszę to nadrobić :)

wtorek, 21 marca 2017

dziś rano...

.... umarła Lisa.
Moja babcia.
Miała prawie sto lat.


Zwyczajnie

W pierwszych chwilach mojego wtorku napiszę o zapachu. Posmarowałam właśnie dłonie kremem pachnącym jak czekolada, który mnie w ogóle nie uczula. Jest organiczny, ekologiczny itd. i nie podam producenta, żeby nie było, że reklamuję.
Zwyczajnie wącham.

piątek, 17 marca 2017

piątek

Kobieta wielce wędrowna powróciła do Warszawy. Po czterech dniach niemalże. Chętnie nawet zostałabym do soboty, bowiem w Mikołowie w piątek wieczorem jedno ze spotkań Jerzego Kronholda z czytelnikami, a w sobotę w Bytomiu spektakl, w którym grają moi studenci. Ale nie dało się.
Lu tęskni. A to determinuje szereg dalszych okoliczności :) Niech ten powód wystąpi na zasadzie synekdochy.
Koło piętnastej byłam dziś w domu, pogadałam z psem, wypiłam kawę i pojechałam do przychodni, odebrać wyniki badań. No i mam duży niedobór witaminy D. 6,4 jednostki. przy normie powyżej 30. Za ile różnych rzeczy może to odpowiadać, aż strach się bać. Albo nie się bać, tylko brać. Tableteczki. A jak tylko zobaczę słońce za oknem, to sobie z nim pogadam, i to bez filtru...
Koło przychodni zaś zostałam zaskoczona przez bardzo fajny kontener remontowy. Wiem, że one się powtarzają, można je rozpoznać po znakach szczególnych, ale ten był mi nieznany, miał fajne malunki i rozpryski, no naprawdę ekscytacja!
Kilka zdjęć zrobiłam.









środa, 15 marca 2017

zawzięłam się

kupione dawno, może siedem lat temu. W domu moim od razu spotkały się z niechęcią, wzmagającą się z każdą rysą na czerwonej licowej skórze (wyrzuć je od razu do kosza! nie wstydzisz się ich zakładać?!).
W zeszłym roku, potknęłam się o krawężnik i ostro zdarłam lewemu nosek.
Ale zawzięłam się. Mogą się nie podobać nikomu, ale są moje i mnie się podobają. I zrobię tak, jak sama zdecyduję. Kupiłam dobrą kryjącą czerwoną pastę w idealnym odcieniu. Wyczyściłam pieczołowienie. Moje butki.







wtorek, 14 marca 2017

i nagle

Schody były ruchome a pociąg
spóźniał się trochę
i nagle
pomyślałam że się nie boję

było już tak kiedyś gdy jako dziecko
przeskakiwałam rzekę
i nagle
poczułam że nie ma śmierci

uniesiona pomiędzy brzegami



niedziela, 12 marca 2017

takie coś

Coś udowodnić, sobie, ale nie tylko sobie.
To przychodzi nagle i trochę boli.
Że często coś udowadniam, jakimś uwewnętrznionym już we mnie instancjom. Na przykład rówieśnikom ze szkoły podstawowej albo niektórym osobom z dalszej rodziny - z tego samego czasu, dzieciństwa i wczesnej nastoletniości. Że nie jestem głupią Anią, godną co najwyżej pobłażliwego uśmieszku. To przychodzi czasami, gdy okazuje się, że jestem w czymś kompetentna, że mam dużą wiedzę na jakiś temat. Taka nagła myśl: o zobaczcie, taka jestem właśnie!
Ich wszystkich zapewne zupełnie nie obchodziłam, niektórych zresztą w ogóle już nie ma. Sama to sobie robię, choć pewnie nie sama zaczęłam - taki społeczny układ w tamtej wsi, szkole...
To samo w sobie może być oczywiście żałosne, ale jednak dosyć niezależne od rozsądku czy woli.
Czy tamte lata to kolejny czas na straty, czy obszar do twórczego wyzyskania?

piątek, 10 marca 2017

Z notatnika niszowej wydawczyni

W pracy nad kolejnymi książkami znajduję spokój i radość;
oba te uczucia wypełniają mnie jednocześnie.
Niektóre z tomów są jak jabłko, któremu potrzeba tylko
jednego ciepłego promienia, by można było je zjadać soczyste i słodkie,
a zanim się odgryzie pierwszy kęs, dotyka się gładkiej skórki
w rumiane paseczki lub zielonej w złote kropki.
Inne zaś otwierają się jak pomarańcza lub owoc granatu.


czwartek, 9 marca 2017

Butki

Buciki nowe Ania chciała pokazać :)




Naprawdę są bardziej czerwone niż koralowe. A nawet całkiem czerwone :)
Oraz chustko-komin.


Ładne ?
Telefon robi zdjęcia ze smugami  - nie wiem czemu.

środa, 8 marca 2017

Udomowiona

Co ja tu robię o tej porze w środę, zamiast uczyć studentów?
Ano leżę. Już wczoraj coś było nie tak z kręgosłupem, ale dopiero wieczorem zaczęła mnie boleć noga i biodro, zwłaszcza przy siedzeniu. W nocy było całkiem sensownie i już myślałam, że może się uda, ale jak wstałam, to już wiedziałam, że nie. Moja aktywność fizyczna ograniczyła się dziś do wyprowadzenia psa i to z trudem. Ostatnio taka sytuacja przydarzyła mi się jakieś cztery lata temu, choć wtedy było chyba gorzej, bo ból nie pozwalał spać.
Ale nic to. W sklepie osiedlowym zauważyłam piękne pęknięcie na posadzce.


A wczoraj buty wreszcie kupiłam, takie jak chciałam, czyli całe czerwone.
Na podeszwach też :)

poniedziałek, 6 marca 2017

Dawno temu, w odległej galaktyce

Miałam trzydzieści kilka lat, gdy zaczęło mnie boleć serce.
Dziś, przejeżdżając dawno niewidzianą trasą, poczułam, jak wracają wspomnienia. Przychodnia, do której trafiałam co parę tygodni, i diagnoza, że nic mi nie jest, że zastawka mitralna może dawać takie objawy i nie jest groźna. Badania krwi, ekg, holtery - tu już jakieś nierytmiczności dały się zauważyć.
Słabość i nagły strach, czy nie zemdleję. Zawroty głowy. Badanie błędnika, owszem, jakieś nieskompensowanie w jednym uchu. W końcu musiałam uważać, żeby gwałtownie nie ruszyć głową...
Rezonans mózgu, wszystko dobrze. To dobrze. Ale zawroty wybudzały mnie już w nocy.
Stałe poczucie lęku, że coś się dzieje niedobrego. I zniecierpliwienie rodziny, lęk i złość córek, oraz wstyd, że matka taka...
Lęk, lęk - a z lękiem samotność. I żal, że nie umiem sprostać, być silną matką, która jest wsparciem, a nie słabym człowieczkiem, który prosi o zrozumienie.
Dobrze dobrany lek antydepresyjny szybko przyniósł poprawę, ale w pewnym sensie musiałam zacząć budować siebie od nowa. A nie wiem, czy da się od zera, czy można oderwać się od swojego obrazu w oczach rodziny i własnych oczach też. Czy oni zawsze będą we mnie widzieć tamtą Anię, która była zlepkiem strachów.
I myślę sobie, czy tamten czas był cokolwiek wart i czuję że nie. Nic. Można by go wykreślić. Zrobiłam wtedy większość doktoratu, uczyłam studentów, udzielałam korepetycji, ale mimo to bilans jest negatywny. Nienawidzę siebie z tamtego czasu. Nie chcę się znać.
Pamiętam jeszcze, że czasem, po ciemku, patrzyłam wtedy w jasne okna i myślałam, że tam wszędzie mieszkają ludzie, którzy żyją. A ja idę w ciemności i nie wiem, czy kiedykolwiek dotrę do jakiegoś jasnego wnętrza. Czasem jeszcze na widok świateł w oknach coś mnie ściska w sercu.

sobota, 4 marca 2017

piątek, 3 marca 2017

Wędrowność

Wróciłam z Bytomia.
To był dobry pobyt. Dużo słońca pomieszanego z deszczem i gradem.
A we mnie też dużo słońca - i też pomieszane z grudkami smutku i chwilami różnych obaw. Ale słońce przeważa. Jest moc :)
A to zdjęcia wędrowne :) Dwa ostatnie ze ścieżki przed domem.