piątek, 16 sierpnia 2019

Dieta

Muszę być na diecie. Moja wątroba była bardzo chora, próby wątrobowe przekroczone miałam... ponad dziesięciokrotnie. Od lat powinnam być też na diecie cukrzycowej (przeważnie rano podwyższona glukoza) i niskoszczawianowej. Lekarka powiedziała mi kiedyś, że mam sobie wziąć z internetu te diety, powykreślać z nich to, co się wyklucza, i jeść to, co zostanie. No więc powinnam jeść ryż i... jeszcze ryż. Dochodzi jeszcze alergia na parę rzeczy (ale nie na ryż, ha!).

sobota, 10 sierpnia 2019

Otwieram

Otwieram to i nie piszę, jest pusto, czasem mam ochotę zwinąć się w pudełku i przykryć kocem. We mnie jest pusto mimo dobrych uczuć i zdarzeń.

poniedziałek, 22 lipca 2019

piątek, 19 lipca 2019

Korytarz

Chciałabym powiesić obrazy, ale nie umiem. Nie wiem, jak, gdzie, według jakiej zasady. Jak rozplanować, skomponować. Hana mi wytłumaczyła dokładnie, ale ja i tak nie wiem, i nie wiem, jak to możliwe, że nie wiem. Jakaś blokada, nie ma zupełnie przepływu. W akcie desperacji spróbowałam wbić gwóźdź w ścianę, tak mniej więcej, gdzie mi się wydawało. Tylko się wygiął. To jest dziwne, jak próbuję o tym myśleć, coś się zamazuje i jest blokada, niemoc i wewnętrzna panika.
Co do gwoździa, to pewnie trzeba raczej wiertarkę i kołeczek, to wiem. Ale nie mam i też nie umiem.
Za to mam tendencję, żeby postawić daną rzecz w jakimś prowizorycznym miejscu i zostawić na lata. Kiedyś mieliśmy drabinę, taką rozkładaną, jakby malarską, pożyczoną chyba z męża firmy, do czegoś była potrzebna. I potem stała chyba rok w przedpokoju, kolonizowana przez jakieś płaszcze, kurtki, w roli tymczasowego wieszaka. Prokrastynacja i niemoc. Nie lenistwo, nie, bo przecież bardzo dużo pracuję. Tylko jakbym żyła cały czas w jakimś dziwnym, bocznym korytarzu, mającym swoje odgałęzienia i systemy. W niektórych miejscach są nawet jakby szklane ściany, bo widzę przez nie jakieś sekwencje życia, które się dzieje. Gdzieś. Poza korytarzem.
Kiedyś, ze dwadzieścia chyba lat temu, napisałam o tym aż dwa wiersze:

1
Korytarz

Ciągle mieszkam w korytarzu
za plecami mam wejście
i opieram się o nie
po bokach rzędy drzwi
zza których słychać rozmowy
gdy ktoś przechodzi obok
udaję że też gdzieś idę
albo że sprzątam
ale gdy ktoś mnie poznaje
to zatrzymuje się obok
a wtedy zabieram mu wszystko
co ze sobą niesie
jestem rozbójnikiem tego korytarza
nocą krążę pod drzwiami
pijąc blade światło
spod progu
świt wylewa na mnie
swoje zimne morze
coś wiem o nim pierwsza czytam
poranną gazetę
ale zupełnie nie wiem
jak wejść do pokoju
któregokolwiek



2
Tu w moim korytarzu
  
Zwinna jak mrówka chodzę
między obrazami
stłoczone w korytarzach
przezroczyste kuby
o chropowatych bokach
a w nich coś się wydarza
     głodnymi palcami
     dotykam obrazów

W ciasnych korytarzach
tłoczą się i cisną
suną jak pociągi
rozpychają ściany
a w nich płacz i radość
i że cię nie opuszczę
                powstaje upada
                dotykam obrazów

Przemykam między nimi
o włos czy o milimetr
ścierają się nad głową
jak płyty tektoniczne
lecz w zimnym korytarzu
nic nie mówię bo tylko
                przesuwam palcami
                po skórze obrazów

Bo kiedy się zderzają
ugina się powietrze
parują z sykiem ściany
i zanim się zabliźnią
przytulam się i płaczę
tu w moim korytarzu
                wyjadam krople ciepła
                spomiędzy obrazów

piątek, 12 lipca 2019

Nie mam

Chorując, staję się chorowaniem. Moje ciało cały czas nadaje, jak zepsuta maszynka sygnałowa - tu cię boli, a tam od godziny pulsująco kłuje, ta pompka jakoś dziwnie... No bo siedem skurczy jakby normalnie, a potem ósmy słabszy, za to dziewiąty trochę opóźniony i jednak trochę za mocny. Raport o sygnałach bólowych z wykresem ich częstotliwości, miejsca i natężenia. Drobiazgowa, zniuansowana bólografia.

I jeszcze szeptanki o końcu świata.

Zapewne trudno ze mną wytrzymać. Ale nie mam skąd wziąć innej mnie.


piątek, 5 lipca 2019

Stabilnie narasta...

Turnée Šalamunowskie - tak już się trochę żartobliwie określa cykl spotkań wokół książki Tomaža Šalamuna Błękitna wieża. Najpierw we Wrocławiu w Księgarni Hiszpańskiej, potem Dni Šalamunowskie w Krakowie, a tam 21 czerwca wykład Rafała Wawrzyńczyka o alegoryczności w późnej twórczości poety, a następnego dnia spotkanie z tłumaczami: Miłoszem Biedrzyckim i Rafałem Wawrzyńczykiem w  księgarni De Revolutionibus.  Tu sfilmowany wykład - słucha się znakomicie oraz ogląda się, bo i prezentacja w postaci slajdów strukturyzuje tę dość skomplikowaną, a tak zjawiskowo wyłożoną materię.



A w środę 3 lipca było spotkanie w Warszawie w Klubojadalni Młodsza Siostra, tym razem w formule Spotkań Małego Formatu. Formuła polega między innymi na tym, że prowadzący (tym razem Łukasz Żurek), zadawał pytania trzem osobom, tym razem również mi. Oczywiście ciężar merytoryczny nieśli na swych ramionach głównie obaj tłumacze, ale jestem z siebie zadowolona, bo... udało mi się nie uciec w popłochu, nie zastosowałam też metody wystraszonego żuczka: zwinąć się w kulkę i udawać martwą ;) Stres ogarnęłam domowymi sposobami... Uznałam bowiem, że muszę stale ćwiczyć sytuacje, w których odzywam się publicznie do grup częściowo mi nieznanych osób, wszak zajęć ze studentami przestałam się bać się już po dwóch mniej więcej latach ;)
No a to, że wydałam książkę Šalamuna, cieszy mnie nieustannie, a uczucie to stabilnie narasta :)

wtorek, 2 lipca 2019

Kartka

Najpierw włączam komputer, to pierwsza rzecz. Stara maszyna dość długo się budzi, ale gdy siadam przed nią z kanapką i kawą, mogę już zacząć coś redagować. Najlepiej, jak mam co najmniej dwa teksty, takie pole manewru daje poczucie bezpieczeństwa. Wchodzę od razu w pracę, niosąc rodzaj bezdechu pomiędzy łóżkiem a klawiaturą. Skurcz w żołądku, depresyjny ból pojawi się tylko na chwilę. Kiedyś ta faza była dłuższa i trudniejsza, teraz zahacza mnie tylko natrętnym dziobnięciem: "nie dajesz sobie rady, jesteś nie taka, jak trzeba, czego tu szukasz?". Teraz wyparowuje po drodze do kubka z kawą. Zostaje tylko echo - że nie wiesz, kim jesteś, ale możesz być przecież sumą czynności, które wykonujesz, przy tym, tamtym i jeszcze tamtym tekście. Zestawem skreśleń na kartce ze sprawami do odhaczenia. Ale i tak trochę się boisz, dlatego gubisz kartki, przeciąg goni je po podłodze, a ty myślisz: potem, kiedyś podniosę, trzymasz je między pamięcią i niepamięcią, aż w końcu już tylko wiesz, że coś było. Niesiesz to wszystko w sprasowanym miejscu, które wydaje się dwuwymiarowe, jak kartka. Jak stara mapa, pod którą  upycha się opowieść, a potem pod papierem jest tylko blat biurka.