sobota, 31 grudnia 2016

Niech będzie

Przeczytałam dziś w gazecie słowa Leonarda Cohena. Nigdy nie lubiłam go słuchać, bo mnie zasmucał.
Ale to jest w sam raz:
 Pęknięcia są we wszystkim
 tak przedostaje się światło

To jest dobre i w sam raz.

Niech w 2017 będzie pięknie!

piątek, 30 grudnia 2016

Osobista grawitacja

Odkrywam w sobie dużo ciemnej materii. Wiem, że tak naprawdę bez niej żaden ludzki kosmos nie utrzymałby się. Skóra zaczęłaby przypominać pajęczynę i środek człowieka rozpierzchłby się na wszystkie strony, niczym nie wstrzymywany. Czasem chyba zresztą tak się dzieje.

Ciemna materia, jak to ona, sama z siebie jest niewidzialna - świadczą o niej tylko błędy w obliczeniach. Niespójności w snach. Kiedyś może to, co nazywano opętaniem. Zakonnice w Loudun. Naiwna matematyka egzorcystów, usiłujących sprowadzić liczne niewiadome do wspólnego mianownika.
W snach też bywamy pilnymi uczniami i budzimy się w porę.

Chciałam zachować elegancję równań.
Aby wynikami można było się pochwalić.
Być może dlatego podstawiałam czasem fałszywe dane. Nieświadomie.
Chciałam być tylko dobra, mądra, łagodna. Nie jestem taka.
Jestem różna.
Póki co muszę wytrzymać atak klonów. Które są mną.

Pielęgnuję też jasne obszary, którym oddaję całe serce, bez opamiętania.
Bez nich nic by nie było.



Nocne pisanie

Jednak nie zdrowa. I za bardzo nie śpię w nocy ostatnio, dlatego piszę spod kołdry. Skończyłam właśnie pracować, bo skoro i tak bym nie zasnęła...
Ale dzieją się kwestie wydawnicze i to jest dobre.
Nie narzekam na ten rok - dzieją się w nim najważniejsze rzeczy w moim życiu.
I ciągle mam plany.
A tu kilka zdjęć lodowych.




czwartek, 29 grudnia 2016

Morfo(lodo)logia bajki

A jednak poszłam, ale tylko na krótki spacer popołudniowy z Lu, bo ktoś musiał. Nie omieszkawszy zatrzymać się z uważaniem nad amorficzna różową substancją i całkiem okrągłym otworem pokrywie studzienki, kolejny przykuc zrobiłam nad kałużą z cienkim lodem.
W efekcie mam lodowego slowika z królową lodu, jak mniemam.


środa, 28 grudnia 2016

Wszystkie dżemy świata

Oczywiście - można by pójść na wchód. I doszłoby się, prędzej czy później, do Kętrzyna, chyba że ominęłoby się go. Po drodze są w większości naprawdę bardzo brzydkie małe wioski. Niektóre może nieco mniej brzydkie, ale za to jeszcze mniejsze. Na przykład Rzymek.
Oraz Równina Górna, a na prawo - Równina Dolna. Na przykład. Ta trasa to dla mnie brzydka strona codzienności, ale tak brzydka bez polotu, rozjeżdżona traktorami i rozsmarowana pegeerowską, a później popegeerowską beznadzieją.
Na zachód zaś była stacja kolejowa, też dziś w ruinie, ale za to magiczna rozgrzanymi torami i dalą na horyzoncie. Dalej - pisałam już kiedyś - droga na Bogusławki, które były może równie małe jak jedna z Równin, ale miały tę ogromną przewagę, że nigdy do nich nie dotarłam. Poza tym były schowane w lesie, w którym podobno były wilki, a dalej jeszcze większy las.

Ale nie pójdziemy tam, bo już jestem od poniedziałku w Warszawie i usiłuję nie dać się powalić przeziębieniu, które chyba sobie przywiozłam.
Leczę się mocną nalewką z malin, sokiem z pigwy, wodą z miodem i sokiem z cytryny. Przy okazji nabieram luzu (nalewka) do rzeczywistości domowej (teściowa, która wie, że wszystko powinnam inaczej: pracować, jeść, otwierać dżem, ubierać się, gotować itd.). Jutro mąż ją odwozi. A ja ze zdziwieniem odkrywam w sobie barbarzyńcę.... i mam ochotę wytłuc wszystkie talerze (i może otworzyć wszystkie dżemy na raz, a co mi tam).

wtorek, 27 grudnia 2016

Taka wycieczka

A można było pójść w druga stronę. Zapewne rzadziej, ale za to z dreszczem tajemnicy na plecach. Po północnej stronię poza wieś wiodła droga na Modgarby. W zasadzie korzystały z niej jedynie traktory dojeżdżające do pól po jej obu stronach. I dzieciaki czasem, i ci, którzy potrzebowali miejsc dziwnych czy odosobnionych.
Najpierw lekko na zachód, a potem już w prawo i dalej prosto.
Patrząc w prawo, miało się się przed oczami drzewo na wzniesieniu.


Teraz stoi samotne, ale kiedyś otaczały je mniejsza drzewa i gęste zarośla, schodzące w dół do wąwozu. Który sam wydawał się wielki, nam dzieciakom. To tam miało mieszkać małe plemię Indian. Dorastając, zburzyliśmy te magię. Ale Ono Drzewo, zostało. Ciekawe, co mogłoby pamiętać, gdyby mogło. A może może?

I jeszcze parę zdjęć z telefonu, zrobionych z drogi kilkadziesiąt metrów dalej.



Jak się spojrzało do tyłu, miało się za sobą wieś.
Centralnie widać wieżę kościoła, po lewej dachy domów.


Ale idźmy dalej. Przed sobą mamy drogę. nadal jest taka jak przed laty. Brukowana, bez poboczy, wznosząca się łagodnie i opadająca.


 To widoczek po lewej stronie. Pola, drzewa, zarośla.


Za dwoma wzniesieniami drogi, po lewej mijało się miejsce zwane grobem żołnierza z pierwszej wojny światowej. Otoczone jak wianuszkiem wąskimi wysokimi tujami. Działało na wyobraźnię.
Zostały jeszcze dwie tuje.
To miejsce należało minąć i jakieś dwieście metrów dalej skręcić w lewo. Droga była już gruntowa, ale parędziesiąt metrów dalej przechodziła w rampę kolejową. Tu widać, jak wznosi się nad poziomem pól.


Po lewej stronie rampy były dwa rzędy torów, a po prawej jeden. Odpowiednio trzymały na sobie dwa rzędy wagonów kolejowych - i jeden rząd. Pociągi ciągnęły się setki metrów, może ponad kilometr. W roku na rok traciły tkankę, coraz bardziej świeciły żebrami. Coraz większe luki otwierały się w podłodze, która przerastała trawą i coraz wyższym zielem.
W środku pachniało utleniającym się żelazem i upałem. Wiatr sprawiał, że masy metalu i drewna skrzypiały lekko, piszczały i jęczały. nad wszystkim cykały ogłuszająco koniki polne.
Promienie słońca przeciskające się przez szpary między deskami malowały wzory na przeciwległych ścianach, a jak się patrzyło wystarczająco długo, te przesuwały się i zmieniały: skracając się lub wydłużając.
Oczywiście czasem znajdowało się puste butelki po winie lub wódce, nieraz zwinięte w kącie szmaty - najwyraźniej ktoś tam nocował.
A jak się wyskoczyło z wagonu i się znalazło pomiędzy dwoma rzędami pociągów, było się w najdziwniejszym miejscu. Rosły tam, na suchym nagrzanym podłożu, wysokie gałęzie jeżyn, grzane ciepłem oddawanym przez metalowe ciała. Świerszcze oburzone podnosiły alarm, czasem siadały człowiekowi na ramieniu. Ale przede wszystkim jadło się jeżyny, które rosły tam i dojrzewały o wiele wcześniej niż inne, korzystając z mikroklimatu. I wracało się do wagonu, z lepkimi od ciemnego soku palcami, chwytając się desek wagonu, podskakując, zawieszając się na brzuchu i wdrapując niezdarnie.

Potem wagonów było coraz mniej.
Potem nie było już torów.
Samej rampy nie da się łatwo rozebrać, ale mchy i trawy próbują ją kolonizować.

Z lewej jest taki widok.


A z prawej taki.



 A tu z daleka widać sarny, świecące białym futerkiem na tylnych częściach ciała.


Taka to wycieczka.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Nurt

Się szło drogą na pocztę. Poczty już nie ma, nawet kodu pocztowego nie ma - a ładny był. Pocztę się mijało i szło dalej, za dom Tukajłów, potem kawałek łąki.
Po lewej zawsze zalewało. W tym roku zalało bardziej niż zwykle; woda doszła prawie do samej szosy.



Po prawej jest cmentarz.
Zmienił się trochę. Głównie przybyło grobów, ale i ubyło. A jeszcze bardziej ubyło starych metalowych ogrodzeń, na przykład wokół nagrobka bibliotekarza pałacowego, Justusa Patziga.
To zdjęcie spod płotu cmentarza, z widokiem na pola i skraj lasu po lewej.


Cmentarz zostawiało się po prawej i schodziło szosą w dół, w las, co rozciagał się po obu stronach asfaltówki. Najniższy punkt drogi to miejsce nad strumieniem, który ciągnie się w prawo aż do jeziora. Na obniżeniu, w gęstwinie, mieszkają dziki.
Potem droga łagodnie podchodzi do góry. jeśli się jechało rowerem, można było z rozpędu podjechać wysoko bez pedałowania. Ale chętniej się szło.
Więc na wzniesienie, kilkaset metrów. Z góry było już widać, jak las się przerzedza, bo wcześniej tworzył nad asfaltówka zwarty tunel. Jedyny taki - jak mówi tata.
Stąd słychać już było szum wody, opadającej ze spiętrzenia pod mostem. jeszcze chwila i dochodziło się do wsi o dziwnej nazwie Pomnik. Po skręcie w lewo był most.
To po jego prawej stronie.



A to po lewej. Widać las, który właśnie się minęło.


A tu resztki młyna. za moich dziecięcych czasów nie był w ruinie, ale nie jestem pewna, kiedy przestał być użytkowany. Woda spiętrzona była na jego potrzeby.



Minąwszy most, schodziło się ze skarpy ścieżką na miniaturową plażę. Pisk kąpiących się dzieci był taki niemal jak nad morzem.
Można było pławić się na płyciźnie. Mój pies tak robił, zmęczony upałem, wystawiając tylko nos nad wodę.
Ale można było też - ostrożnie i boczkiem, trzymając się słupków, przedostać się do samego spiętrzenia i z tego miejsca skoczyć w głęboki nurt. Lubiłam odwrócić się tyłem i rzucić się plecami w spienioną rzekę. Nie wiem, czy było niebezpiecznie - po paru sekundach lądowało się w płytkiej, przyjemnie ciepłej, szeroko rozlanej części Gubra.
I wracało się, by znowu skoczyć.

sobota, 24 grudnia 2016

Czas dokonany

Jak jest "udar" po niemiecku - pyta mnie tata.
Erich, brat babci, będzie dzwonił jak zawsze z życzeniami świątecznymi i trzeba mu będzie powiedzieć. I jeszcze to, że rozmowa przez telefon może nie udać się za dobrze. Ale może zechce spróbować.
Erich chce.
Babcia najpierw woli nie, ale w końcu bierze słuchawkę.
Rozmawiają.
Potem tata dopytuje wujka, czy udało mu się wszystko zrozumieć. Hast du alles verstehen?
Verstanden - woła babcia z pokoju. - Nie verstehen, tylko verstanden.
Wyjaśnia synowi tajniki czasu przeszłego.


czwartek, 22 grudnia 2016

Pod wiatą

Przyjechały autobusy wszystkich linii, niektóre numery po pięć razy. A mój nie. Zdążyłam zmarznąć pod przystankową wiatą i w końcu zaczęłam robić zdjęcia - telefonem.


Dzisiaj jest dzień zaglądania do krypty. Do miejsc we mnie zamaskowanych pod piwnicami. Kogo spotkam?
Skieruję wskazujący palec na siebie i wysylabizuję : ja ania, a ty?

dla pamięci...

Jakiś czas temu wykąpałam telefon. Nie specjalnie - zsunął  się z pralki, na której go położyłam, wchodząc do wanny. Widziałam ten proces jak w zwolnionym tempie i czułam niemal ciekawość, że właśnie dzieje się coś nieodwracalnego.
I rzeczywiście było nieodwracalne - mój telefon  był w wodzie, na dnie wanny i nic tego nie zmieni.
Ale nic mu się nie stało.

środa, 21 grudnia 2016

Jestem w pierwszych minutach środy;
środa nie jest jakaś wyjątkowa,
pomijając fakt, że ta sama raczej się nie powtórzy. Choć co ja mogę wiedzieć o powtarzaniu się śród.
Na tratwie, pod kołdrą, jak zwykle ostatnio budzą się litery.
Na święta zamierzam wyjechać. Sama. Do rodziców.

A na zdjęciu cień z kuchennej ściany.



wtorek, 20 grudnia 2016

jakbym


jakbym ciągnęła za sobą rozrośnięte serce, co kapie spomiędzy żeber i zostawia smugi na podłodze, ścianach, na tratwie. jakbym nie do końca wiedziała, gdzie ono się kończy, a gdzie zaczyna bliższa i dalsza okolica. zaczepiam o gałęzie, o grudki powietrza




niedziela, 18 grudnia 2016

Oddech

Coś mignęło i zamiast liter pojawiły się wyłącznie puste kwadraciki i chińskie znaczki. We wszystkich otwartych plikach. Potem pojawił się komunikat, że mam zwolnić miejsce na dysku C.
Zwolniłam - nic nie pomogło.
Pomyślałam, że jeśli taki ma być efekt mojej żmudnej pracy, to się poddaję.
Wychodzę i idę przed siebie, jak długo się da. Nic mnie nie będzie już obchodzić, nic.
Koniec, Fine, The end.
Może dojdę do Paryża i tam będę się żywić w kuchni dla bezdomnych.
Albo nie dojdę.

Ale uspokoiłam oddech.
I odzyskałam pliki.
A teraz po prostu siedzę i płaczę.

środa, 14 grudnia 2016

Wieczór autorski Lucyny Brzozowskiej

Już w sobotę!
Takie zaproszenie zrobiłam, wykorzystując jako tło zdjęcie wykonane przez Lucynę.


A więc zapraszam serdecznie!!!!

wtorek, 13 grudnia 2016

Łódź

Zaraz jadę Do Bytomia.
Wczoraj wróciłam z Łodzi, gdzie zakończył się właśnie festiwal Puls Literatury.
Wysłuchałam rozmów panelowych na temat Nowej Fali oraz pooglądałam kończącą festiwal galę, na której wręczono nagrodę im. Juliana Tuwima - dostał ją profesor Michał Głowiński za prozę wspomnieniową. Ogólnie i w szczegółach było pięknie!
W Łodzi otwarto właśnie nową wersję dworca Łódź Fabryczna. Zaiste imponuje rozmachem.
Za to pociąg do Łodzi stracił zasilanie w Żyrardowie i trzeba było się przesiąść. Hmmm...
Przypomniało mi się, że jak pierwszy raz jechałam do Wrocławia do Gosianki, też była awaria pojazdu, a następnie... alarm bombowy na dworcu. "Potem napięcie stopniowo rosło" - chce się powiedzieć za Hitchcockiem...
A więc...  następnego dnia w Łodzi popsułam pociąg, już zanim wjechał na ten piękny, nowy wypasiony peron :))) To na pewno moja sprawka, zważywszy na moje skłonności do "rekonfiguracji" przestrzeni! Grzecznie podstawiono nowy, który odjechał z siedemdziesięciominutowym opóźnieniem.
I cały czas było słońce. Mimo deszczu.





sobota, 10 grudnia 2016

Kolęda

Wczoraj.
- U was jest tak fajnie - powiedział.
- Ale ksiądz wie, że ja nie chodzę do kościoła...
- Wiem, wiem, pamiętam.
Cała godzina dobrej rozmowy. Otwartego na ludzi księdza Jarka i niewiernej Anny.

piątek, 9 grudnia 2016

Pomóc sobie

Dlaczego tak bardzo się trzymam momentów klęsk i upokorzeń?
Do czego potrzebna mi pamięć o tym? Na przykład o prześladujących mnie rówieśnikach z podstawówki. Był taki rok, siódma klasa.
Dawno i nieważne. Ważne? Czy może stać się nieważne?
Czy jest raczej jak niezmywalny tatuaż, który wyłania się zza koszulki przy nieostrożnym ruchu?
Czy wciąż mnie rysuje, pisze mnie?
Moja decyzja, co z tym zrobię? Moja?

Momenty dobre, mocne siłą, szczęśliwe - wypuszczam z dłoni lekko jak mokrą linę rzuconą z łodzi ratunkowej.
Wzmocnić chwyt. Pomóc sobie zębami, jeśli trzeba?

środa, 7 grudnia 2016

Niepozbierane

Czasem mam w sobie złość i ta złość powoduje, że działam ze zdwojoną energią. Działam pozytywnie.
A potem zaczynam myśleć, że to nie najlepsza motywacja. I nie lubię się. Takie to niepozbierane.
Myśli nocne....

poniedziałek, 5 grudnia 2016

rajskie

rajskie się trzymają
rajskie opadają
a potem dalej się trzymają
bo to nie koniec
bo zawsze są przecież
ptaki
robaki
i poeci








sobota, 3 grudnia 2016

do pełna

nie wiem dlaczego
umarł Gienek Pikula ale od początku
było z nim coś nie tak ostre rysy
wychudzona sylwetka
potem był dzieciak Lutki
przygniotła go belka spadająca z przyczepy
na ręku miałam wróbla
kotka skoczyła jak cień i odgryzła
mu głowę
stary Dawidczyk położył się na lodzie
i podał rękę Jankowi Tukajle ten
żyje do dziś
udało mi się nie przejechać
pijanego Mieńki tata w ostatniej chwili
przejął kierownicę
w ucieczce nad zalew wiślany umarł pradziadek
bo skończyły się leki
gdybym
poszła znowu może bym
znalazła grób mówi babcia
było widać jak
MS Gustloff z daleka
kłaniał się różowemu słońcu
do pełna